Jak wprost szalonym głupcem byłby ten, kto by utrzymywał, że twierdzenia filozofów są fałszywe, dlatego że on ich nie może pojąć, tak jeszcze większym głupcem jest człowiek, który podejrzewa, że rzeczy objawione przez Boga za pośrednictwem aniołów są fałszywe, dlatego że nie można ich zbadać rozumem (Tomasz z Akwinu, Summa Contra Gentiles, 1.3).
Dzisiaj zwykle gdy próbujemy udowodnić istnienie Boga, posługujemy się dowodami opracowanymi przez Tomasza z Akwinu, wskazującymi na przyczynowość, celowość i uporządkowanie wszechświata. Jeśli one nie poskutkują, wtedy odwołujemy się do dowodu przedstawionego przez Anzelma z Canterbury, w myśl którego Bóg jako byt doskonały istnieje, bo cechą bytów doskonałych jest istnienie. Niestety, zwykle taka argumentacja też nie przekonuje niedowiarków, gdyż co najmniej począwszy od czasów Oświecenia, spotkały się one z potężną krytyką „oświeconych” umysłów. W znacznej mierze była to krytyka uzasadniona, jak wykazał to m.in. Cornelius Van Til (polecam dostępny w Internecie zbiór jego esejów na ten temat pt. Dlaczego wierzę w Boga?). Nie znaczy to jednak, że musimy odrzucić zarówno argumenty Tomasza, jak i Anzelma jako całkowicie bezużyteczne. Jak zwrócił na to uwagę G. R. Evans w Filozofii i teologii w Średniowieczu (Kraków 1996), w czasach Anzelma w gruncie rzeczy nie istnieli jeszcze „oświeceni” ateiści w stylu Russela, zaś argumenty za istnieniem Boga nie tyle miały na celu w sposób naukowy udowodnić istnienie Boga czy też „nawrócić” niewiernych, co raczej były rozważaniami człowieka wierzącego mającymi na celu umocnienie wiary poprzez wskazanie na to, że istnienie Boga i istnienie świata jak najbardziej z sobą współgrają, że istnienie i uporządkowanie świata mają swój początek w Stwórcy i w Nim znajdują swój cel. Są więc wciąż użyteczne w rozmowach z ateistami na tyle, na ile podnoszą kwestię właśnie uporządkowania i celowości świata. Ateiści mają bowiem niezwykle wielki problem z uzasadnieniem istnienia jednego i drugiego. Zwykle kończą stwierdzeniem, że to człowiek dla własnej wygody nadaje wszelkie znaczenie temu, co istnieje.
Tomasz z Akwinu, podobnie jak zdecydowana większość chrześcijańskich teologów, uważał, że szczęście bierze się z oglądania Boga. Jednak by oglądać Boga, trzeba odwrócić swoją uwagę od tego, co być może jest dobre, lecz szczęścia samo w sobie nie daje. Jean-Pierre Torrell w książce pt. Święty Tomasz z Akwinu – mistrz duchowy (Poznań 2003) w następujący sposób podsumowuje poglądy Akwinaty w tej materii:
„Przede wszystkim, szczęścia nie przynoszą dobra zewnętrzne. Nie dają go bogactwa: naturalne czy sztuczne, ich przeznaczeniem jest służyć człowiekowi, a nie na odwrót; nie mogą więc być celem człowieka; kiedy człowiek staje się niewolnikiem bogactwa, to odwraca naturalny porządek rzeczy, alienuje się. Szczęścia nie dają także zaszczyty: zaszczyt jest w istocie znakiem i świadectwem pewnej doskonałości, która już znajduje się w osobie obdarzonej zaszczytem; zaszczyt jej nie stwarza, lecz zakłada jej istnienie. Z tego punktu widzenia to szczęście jest najwyższą doskonałością, a nie składana mu cześć. Nie jest to też chwała czy sława, która jest częścią najwyższego szczęścia. Uznanie naszych zasług przez innych niczego nie dodaje naszej wartości; zupełnie inaczej jest z poznaniem naszej wartości, jakie ma Bóg, gdyż to ono jest przyczyną naszego prawdziwego szczęścia. Zresztą chwała otrzymana od ludzi bywa zwodnicza… Wreszcie, to nie może być władza: władza jest w istocie nie tyle celem, co pewną zasadą działania, a ponadto bywa, że ktoś używa jej źle; a wtedy nie jest to szczęście, lecz nieszczęście.
„Podsumowując, musimy stwierdzić, że szczęście nie może polegać na omówionych do tej pory dobrach zewnętrznych: po pierwsze, dobra te mogą być udziałem zarówno ludzi złych, jak i dobrych; po drugie, nigdy nie są one wystarczające, potrzeba do nich jeszcze zdrowia, mądrości itd.; po trzecie, mogą szkodzić i wtedy są nieszczęściem tego, kto je ma; po czwarte, są zależne od przyczyn zewnętrznych i często od przypadku, natomiast cel zakłada, że człowiek dąży do szczęścia poprzez zasady, które są wobec niego wewnętrzne, gdyż jest ukierunkowany na szczęście przez swoją naturę. Z tego wszystkiego więc wynika, że szczęścia nie można opierać na dobrach tego rodzaju” (s. 481-482).
Dla uzupełnienia warto dodać, co Tomasz rozumiał pod pojęciem „natura” – jest to wrodzone pragnienie poznania źródła wszystkiego, co jest, a wynika z faktu stworzenia człowieka na obraz Boga, który jest nie tylko źródłem, ale i celem stworzenia i człowieka. Grzech zatem wynaturza człowieka i sprawia, że szuka on celu swego istnienia nie w Bogu, lecz poza Nim.
David Berlinski w The Devil’s Delusion omawia między innymi tzw. dowody na istnienie Boga. Jednym z nich jest dowód kosmologiczny, który można streścić w dwóch zdaniach: Co spowodowało zaistnienie świata? Coś. Jak zauważa Berlinski, jest to raczej argument, a nie dowód w sensie naukowym. Sam w sobie nie ma też na celu przedstawienie nieodpartych przesłanek na istnienie Boga, lecz raczej wskazanie na dość potoczny tok rozumowania, w myśl którego nie ma skutków bez przyczyn. Jeśli jest coś raczej niż nic, to musiało to zaistnieć z jakiejś przyczyny i zostać przez coś spowodowane. Oczywiście, standardową krytyką tego argumentu jest to, że sugeruje on jedynie istnienie jakiejś przyczyny świata, którą nie koniecznie musi być Bóg. Z drugiej strony, jeśli potraktujemy ten argument absolutnie, to stwierdzimy, że skoro wszystko ma swoją przyczynę, to nic nie jest bez przyczyny, a więc nie ma czegoś takiego jak Pierwsza Przyczyna. (more…)
