Wyspa (2006), reż. Paweł Łungin

Rasputin był chyba najlepiej znanym świętym głupcem (ros. jurodiwyj, co dosłownie oznacza wyrodka i używane było w znaczeniu: degenerat, dziwak; w języku polskim czasami nazywa się ich także świętymi idiotami). Rodzina ostatnich carów Rosji tak bardzo polegała na jego radach, że zdaniem niektórych to on w rzeczywistości kierował losami upadającego imperium. Rasputin należał do długiej linii świętych głupców, a jego wpływ na rodzinę panującą nie był niczym niezwykłym.

Za pierwszego świętego głupca uznaje się Symeona z Emesy, który pewnego razu wpadł na pomysł, by przez kilka dni ciągać za sobą martwego psa. Miał to być znak pokory, wskazujący na to, że Symeon – a także inni ludzie – nie był wart więcej niż zdechłe zwierzę. Zresztą święci głupcy często porównywali się do psów i to zwykle na korzyść tych ostatnich. Tradycja świętych głupców niemal wymarła w Bizancjum w XI wieku, lecz znalazła nowy dom na Rusi, osiągając apogeum w Rosji w wiekach XV-XVII, by popaść w niełaski w czasach Piotra I, który uważał jurodiwych za ludzi chorych umysłowo i zakazał ich praktyk.

Teoretycy świętej głupoty dla uzasadnienia tej praktyki powoływali się na przykład starotestamentowych proroków oraz na słowa apostoła Pawła, który w Pierwszym Liście do Koryntian napisał: „Niechaj nikt samego siebie nie oszukuje; jeśli komuś z was się wydaje, że jest na tym świecie mądry, niech się stanie głupim, aby się stać mądrym” (1Kor 3,18). W ich interpretacji były one wezwaniem do przyjęcia maski głupca, by ukazać zakamuflowaną głupotę lub grzeszność ludzi z otoczenia świętego głupca otoczenia w celu przyprowadzenia ich do Chrystusa. Tyle teoria, praktyka zwykle była odmienna, jak wykazała to Ewa Thompson w pracy pt. Understanding Russia: The Holy Fool in Russian Culture (Zrozumieć Rosję – święty głupiec w kulturze rosyjskiej).

Świętego głupca od wieków można było znaleźć niemal w każdej większej rosyjskiej osadzie. Niektórzy – choć mieli duży wpływ nawet na lokalne władze – snuli się tu i tam nadzy i niemyci. Czasami nosili dziwaczne ubrania. Często ich zachowanie wzbudzało niepokoje społeczne. Mówili w sposób pogmatwany, a ich przepowiedzi interpretowali inni. Jurodiwi występowali przeciwko tradycyjnym, zinstytucjonalizowanym formom życia religijnego i społecznego podszytych ich zdaniem oszustwem i hipokryzją.

Jedni mieli ich za głupców, inni – za świętych, wierząc, że posiadają nadprzyrodzone moce i zdolność jasnowidzenia. Skandaliczne zachowanie świętych głupców rzekomo miało służyć wyższym celom, a zwłaszcza obnażeniu złych postaw i działań innych ludzi oraz ukazaniu marności ziemskich bogactw i piękna oraz wskazaniu na niebiańskie wartości.

Zdaniem Thompson święci głupcy byli z lekka tylko schrystianizowaną formą szamanów, na co wskazywał ich sposób bycia, ubiór, popadanie w natchnioną ekstazę oraz przypisywana im zdolność prorokowania. Cuda dokonywane przez nich niewiele miały wspólnego z cudami opisanymi w Piśmie Świętym, gdzie mają na celu przede wszystkim pomoc bliźniemu. Święci głupcy dokonywali cudów po to, by zwrócić na siebie uwagę lub zastraszyć zwykłych ludzi.

Początkowo uważano ich raczej za pogan niż za chrześcijan, jako że trudno było doszukać się jakichś ewangelicznych elementów w ich życiu. Inaczej niż w przypadku bizantyjskich ascetów rosyjscy święci głupcy zwykle nie zamierzali nikogo nawracać na chrześcijaństwo ani nie zajmowali się dobroczynnością. Z czasem zaczęto interpretować ich zachowanie jako paradoksalną mądrość. Tym sposobem niemoralność świętego głupca stała się paradoksalną cnotliwością, a jego agresja – paradoksalną pokorą. Jak zauważa Thompson, akceptacja radykalnego paradoksu– cenionego o wiele wyżej niż prosty sylogizm – oraz irracjonalizmu jako podstawy światopoglądu stała się to podatnym gruntem dla hegelianizmu i marksizmu w Rosji.

Choć kler prawosławny nie zawsze spoglądał łaskawym okiem na świętych głupców, to – przynajmniej częściowo – sam przyczynił się do ich popularności. Przez wieki poziom nauczania i duszpasterstwa w prawosławiu był tak niski – duchowni odczytywali gotowe homilie i zwykle byli kiepsko wykształceni, a nabożeństwo nie było niczym więcej niż pustym rytuałem – że ludzie szukali porady u świętych głupców, którym kler nie był w stanie rzucić poważnego wyzwania.

Ojciec Anatolij z filmu „Wyspa” jest przedstawiony jako święty głupiec: ma dar jasnowidzenia i uzdrawiania. Ludzie wolą u niego szukać rady i pomocy niż u oficjalnego duchowieństwa, które zdaje się żyć z dala od spraw zwykłego człowieka. Co więcej, jego domostwo i ubiór, a także styl bycia nosi wszelkie znamiona świętego głupca. Jednak nie do końca pasuje do powyższej charakterystyki jurodiwego. Jego działania, choć dziwaczne i prowokacyjne, mają na celu pomoc bliźniemu lub jego pokutę. W rozmowie z młodą kobietą proszącą o błogosławieństwo na aborcję (czy jest to przykład myślenia paradoksalnego? czy na łacińskim Zachodzie ktoś starałby się o takie połączenie ognia z wodą?) ojciec Anatolij – czerpiąc naukę z własnego doświadczenia – próbuje odwieźć ją od próby zabicia nienarodzonego dziecka, wskazując na to, że ściągnie to na kobietę zgryzotę i cierpienia duszy, które rzucą mroczny cień ma całe jej życie. Zamiast wolności i morza nowych możliwości spotka ją niewola zbrukanego sumienia. Podobnie jego trudne relacje z ojcem Jowem w końcu prowadzą do nawrócenia przełożonego, którego wrogość wobec ojca Anatolija podyktowana była Kainową zazdrością o sławę ojca Anatolija, a którą skrzętnie ukrywał za maską służbistości. Ponadto, ojciec Anatolij zna Pismo, modli się jego słowami i czerpie z niego natchnienie, nie jest więc pogańskim szamanem, lecz rzecznikiem Ewangelii.

Zdaje się, że zarówno reżyser, jak i odtwórca roli ojca Anatolija (Piotr Mamonow, frontman kultowego zespołu punkowego Zwuki Mu, który nawrócił się na chrześcijaństwo w wieku lat 45) chcieli naszkicować obraz świętego głupca, który o wiele bardziej pasowałby do bizantyjskiego pierwowzoru niż do jego średniowiecznej rosyjskiej wersji. A może nawet do słów apostoła Pawła o staniu się głupcem dla Chrystusa. Mamonov znany jest z tego, że bez ogródek mówi, co myśli. Gdy w 2006 roku odbierał nagrodę dla najlepszego aktora rosyjskiego, wywołał skandal, lecz nie tyle swoim ubiorem, co słowami: „Myślicie, że Putin rozwiąże problemy Rosji? Sami musimy je rozwiązać”. Mamonov pozwala sobie na taką bezpośredniość, ponieważ – jak mówi – chce uchronić ludzi od popełnienia błędów życiowych, jakich sam się dopuścił. Jego przesłanie jest proste: człowiek jest próżny, a próżność zaćmiewa umysł, przez co ludzie przestają słyszeć siebie nawzajem; że Bóg jest najważniejszy, lecz ludzie tracą z Nim kontakt przez grzech – jedni przez pijaństwo, inni przez zawiść lub oszustwo. Od czasu do czasu wciąż daje koncerty, na których wykonuje stare przeboje Zwuki Mu. Czyni to, jak twierdzi, nie w celach komercyjnych, bo gospodarstwo rolne, na którym żyje, zapewnia mu godziwy byt, lecz po to, by wołać do ludzi z bagna, w które wpadł po pachy, by się w nie nie pchali. Zupełnie jak ojciec Anatolij przestrzegł młodą dziewczynę chcącą dokonać aborcji ze strachu, że mając nieślubne dziecko zostanie starą panną. Ojciec Anatolij wie, bo tego doświadczył, że morderstwo dokonane ze strachu przed śmiercią, jest jak samobójstwo – rabuje człowieka z prawdziwego życia, czyniąc go niewolnikiem poczucia winy za dokonaną zbrodnię.

Ojciec Anatolij nie szuka ukojenia sumienia w wymówkach, zapomnieniu, masce sprawiedliwości. Choć łatwo by mu to przyszło: zabił, bo nie miał innego wyjścia, Niemcy go to tego zmusili, poza tym była to wojna, kiedy ludzie musieli dokonywać trudnych wyborów – między mniejszym i większym złem; zresztą, od tego czasu minęło ponad trzydzieści lat, więc czas uwolnić się od przeszłości i żyć przyszłością; przede wszystkim – mógłby powiedzieć – działa przeze mnie Bóg, jestem cudotwórcą i jasnowidzem, to wyraźny znak łaski. Ojciec Anatolij wie jednak, że dopuścił się strasznego czynu, z którego nie oczyści go ani upływ czasu, ani okoliczności wojny, ani życie w klasztorze lub pokuta odbywana w kotłowni. W tej kwestii liczy tylko na zmiłowanie Boże. Wie, że przed Bogiem żadna maska mu nie pomoże. Jest więc szczery i to zarówno przed Bogiem, jak i przed ludźmi, bo wie, że życia nie można oprzeć na oszustwie. Dlatego – zdawać by się mogło, że chwilami zbyt bezlitośnie – konfrontuje ludzi z ich hipokryzją, by ich od niej uwolnić, co stanowi pierwszy krok do nawrócenia i nieudawanej pobożności. To kolejna cecha różniąca ojca Anatolija od stereotypu świętego głupca – brak myślenia paradoksalnego. Przeciwnie, zawsze wskazuje na zgubne i nieuchronne konsekwencje trwania w stanie hipokryzji. Wyzbycie się jej przynosi człowiekowi wolność i pozwala prawdziwie żyć. Nawet jeśli jest to życie spędzone w kotłowni na dalekiej Północy.