Niektórzy chrześcijanie twierdzą, że jest coś nagannego w kupieniu czegoś taniej i sprzedaniu tego drożej. Ta naganność ma wynikać z chęci zysku, jaką kieruje się handlarz, by nie powiedzieć spekulant. A przecież przynajmniej chrześcijanie powinni kierować się altruizmem, czyli bezinteresownością, a nie chęcią zysku. Nie wdając się w dywagacje na temat tego, czy gospodarka mogłaby w ogóle działać bez zysku, chciałbym zwrócić uwagę na słowa Ayn Rand z Cnoty egoizmu o zgubnych skutkach konsekwentnego altruizmu dla moralności.
Ayn Rand zauważa, że altruizm nie dostarcza żadnych podstaw do wydawania etycznych osądów ludzkiego postępowania. Altruizm twierdzi bowiem, że dobre jest to, co uczynione z korzyścią dla innych, zaś złe jest zabieganie o własną korzyść. Sprowadza więc wszystko do jednej kwestii: kto jest beneficjentem danego działania – jego autor czy ktoś inny? Takie postawienie sprawy na pozór zdaje się być w zgodzie z przykazaniem miłości bliźniego. Niestety po głębszej analizie okazuje się być jego zaprzeczeniem, ponieważ ignoruje kwestię samego działania i jego skutków. Uzależnia ocenę etyczną danego czynu od tego, kto jest jego beneficjentem.
Weźmy na przykład zdolnego biznesmena, który dzięki wiedzy, pracy i wytrwałości odniósł sukces, czyli jakąś korzyść, i stał się “nieprzyzwoicie” bogaty. Dla konsekwentnego altruisty nie ma większej różnicy między tym biznesmenem a złodziejem. Jeden i drugi bowiem kierował się w swoich działaniach “egoistyczny” pragnieniem zysku. Konsekwentny altruizm w gruncie rzeczy nie czyni różnicy między bogaceniem się na drodze pracy, a bogaceniem się na drodze rabunku.W myśl altruistycznej etyki jeden i drugi zrobiłby lepiej, gdyby poświęcił się pracy charytatywnej, podziałem dóbr, a nie ich zdobywaniem. Stąd bierze się dość powszechne odczucie, że w gruncie rzeczy komunistyczny dyktator jest lepszy niż zdolny biznesmen. Dyktator bowiem działa – choć nieudolnie – z myślą o sprawiedliwości społecznej. Biznesmen – z myślą o własnej korzyści.
Ayn Rand wskazuje dalej na skutki tyranii altruizmu. W pierwszej kolejności, altruizm sprawia, że ludzie postrzegają moralność jako wroga – jednostka nie ma praktycznie żadnej korzyści z postępowania w myśl altruistycznych zasad etycznych. Ba, nawet nie ma prawa oczekiwać żadnej korzyści z własnych działań, bo takie oczekiwanie jest moralnie naganne. Kolejnym stadium upadku moralności jest powszechny resentyment. Skoro obowiązkiem jednostki jest działania na korzyść bliźniego, zatem bliźni ma prawo domagać się takiego działania i nie musi za nie dziękować – obowiązek to w końcu nie łaska. W takim układzie nawet zapłata za pracę, nie może być traktowana jako zapłata, bo to byłaby korzyść własna z własnej pracy. Zapłata powinna być raczej zasiłkiem zależnym nie od włożonej pracy, ale od potrzeb. W końcu nie można zapominać, że wezwanie do altruizmu – zatraceniu siebie ze względu na kolektyw – jest nagminnie wykorzystywanym przez dyktatorów narzędziem manipulowania ludźmi przy pomocy poczucia winy, co jest dość prostym zadaniem, bo niezwykle trudno jest pozbyć się pragnienia korzyści – materialnej lub duchowej – wynikającej z pilnej nauki, dobrej pracy itp.
Choć Ayn Rand była ateistką, to jednak – przynajmniej w tej kwestii – argumentowała za biblijną etyką. Biblia nigdzie nie nazywa bogactwa czymś złym. Zła jest miłość pieniądza, która sprawia, że człowiek zatraca siebie i staje się niewolnikiem bogactwa, bez którego nie wyobraża sobie życia. Tak miłość pieniądza jest zła, bo prowadzi do złych decyzji i zachowania. Człowiek, dla którego bogiem jest bogactwo, uczyni wszystko, by je zdobyć i zachować. A jeśli uczyni wszystko, to także to, co jest etycznie naganne. Znów więc pojawia się kwestia tego, w jaki sposób dochodzimy do bogactwa – uczciwy czy nieprawy. Mówi o tym Salomon w Przypowieściach 1,19, gdzie rozróżnia między godziwym i niegodziwym zyskiem (niestety w Biblii Tysiąclecia to rozróżnienie jest niewidoczne, a mowa jest tylko o chęci zysku, co zdecydowanie zniekształca znaczenie tekstu). Dalej w dziesiątym rozdziale czytamy, że niegodziwy zysk nie jest prawdziwą korzyścią.
Podobnie jest z korzyścią własną. To nie działanie na własną korzyść jest potępione w Biblii, lecz przeciwnie – działanie na własną niekorzyść. Czy nie o to chodzi w słowach Jezusa: “Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” (Mt 16,26). Jezus nie mówi: złe jest zabieganie o korzyść własną, lecz: głupotą jest sprzedawanie dusz nawet za cały świat. Jest to głupotą, bo na takiej transakcji nic nie zyskujemy, lecz wiele, a w zasadzie wszystko, tracimy. W podobnym duchu pisał apostoł Paweł o miłości – rozdanie ubogim całego swojego majątku wcale nie musi być czymś dobrym (1Kor 13,3). O wiele lepsza jest praca, dzięki której zarabiamy na własne utrzymanie, a także mamy nadwyżkę, z której możemy – gdy pojawi się taka potrzeba – wesprzeć autentycznie potrzebujących. Rozdanie całego swojego majątku jest uzasadnione w obliczu jakiejś totalnej katastrofy, a to ze względu na to, że w takiej krańcowej sytuacji należy przewartościować wiele rzeczy. Jednak rozdanie wszystkiego w normalnych warunkach jest głupotą, bo pozbawia człowieka kapitału, który mógłby pomnożyć, a więc marnotrawstwem.
W końcu sam Jezus zachęca nas do dobrych uczynków obiecując nagrodę, a więc jakąś korzyść, dla tych, którzy chętnie i pilnie wykonują Jego wolę. Dobry sługa otrzyma od Niego nie tylko pochwałę, ale i koronę chwały. Prawdziwa pobożność nie neguje tej motywacji i nie udaje, że niczego od Boga nie potrzebuje. Prawdziwa pobożność zna prawdziwą wartość rzeczy i ceni pracą prowadzącą do pomnożenia dobra.
Ponadto człowiek, którzy autentycznie działa na własną korzyść, działa też na korzyść bliźnich. Bogaty ma czym wesprzeć biednego. Przedsiębiorczy może dać pracę mniej obrotnym. Pilny może stać się inspiracją dla zniechęconych.