Wpisy

Aż po grób (2009)

On 10/02/2012, in Film, Recenzje, by BJ
0

Aż po grób (2009), reż. Aaron Schneider

Aż po grób to historia pustelnika, Felixa Busha (Robert Duvall), który po 40 latach spędzonych na odludziu spostrzega, że lata jego życia dobiegają końca i dochodzi do wniosku, że czas przygotować się na śmierć. Zanim jednak umrze, chce zorganizować stypę, na którym ludzie z okolicy opowiedzieliby, co o nim słyszeli i co o nim sądzą. W tym przypadku stypa odbyłaby się jeszcze za życia „zmarłego”, bo Bush jeszcze za życia chce dowiedzieć się, jaką opinię wyrobił sobie u sąsiadów, choć oczywiste jest, że opinia ta nie jest pochlebna. Bush nie jest bowiem tylko odludkiem skrzętnie i zdecydowanie, a nawet brutalnie chroniącym swego miejsca odosobnienia – „więzienia”, jak je nazywa – ale jego przeszłość kryje jakąś tajemnicę, która dzięki plotce i zniekształceniom tylko potęguje podejrzliwość i strach wobec Busha. Organizacji stypy podejmuje się jedyny w miasteczku zakład pogrzebowy, którego właścicielem jest Frank Quinn (Bill Murray), a zachętą do uczestnictwa w stypie ma być loteria, na której wygrać można kilkadziesiąt hektarów dziewiczego lasu należącego do Busha. Pustelnikowi z wyboru najbardziej zależy na tym, by w stypie pojawił się jego stary znajomy, pastor Charlie Jackson (Bill Cobbs), znający sekret Busha.

Dzięki wyznaniu poczynionym na – jako nazwał je Bush – przyjęciu pogrzebowym stary pustelnik może już umrzeć jako człowiek wolny i pogodzony z życiem oraz najbliższymi. Jednak, jak zaznaczył reżyser, Aaron Schneider, w jednym z wywiadów, Aż po grób nie jest filmem tylko o winie, przebaczeniu i pojednaniu. Ścianami więzienia, w którym Bush z własnej woli spędził 40 lat, rezygnując z normalnego życia, jest nie tylko jego pustelnia, ale też stosunek lokalnej społeczności, która z różnych powodów poddała go ostracyzmowi. Plotka zmieszana ze strachem skutecznie odizolowała go do bliźnich. Gdy Bush dochodzi do wniosku, że w obliczu nadchodzącej śmierci czas uporządkować sobie życie, próbuje otworzyć drzwi swego więzienia właśnie przy pomocy stypy, na której ludzie mieliby okazję poznać prawdę o wydarzeniach sprzed 40 lat. Niestety lokalna społeczność nie za bardzo ma ochotę wziąć udział w przedsięwzięciu. Pastor odsyła Busha z niczym, a dokładnie z kilkoma pobożnymi frazesami. W końcu, gdy przedsiębiorca pogrzebowy, Frank Quinn, decyduje się zorganizować stypę, jego motywacja jest natury czysto finansowej – ku jego strapieniu nikt w miasteczku nie chce umierać. Z czasem jednak między jego współpracownikiem, Buddym (Lucas Black), a Bushem zawiązuje się nić sympatii, a Buddy już nie kierując się – przynajmniej nie tylko i wyłącznie – kwestiami finansowymi chce pomóc pustelnikowi uwolnić się od demonów przeszłości.

I właśnie, zdaniem reżysera, o tym jest film – o życiu w cieniu pewnych wydarzeń z przeszłości, które przestawiają los człowieka na tory inne niż by sobie wymarzył. Tragedia, którą po części Bush sprowokował, zapędziła go do pustelni na większą część jego życia. Pod koniec filmu Bush stwierdza: „Zawsze myślałem, że zwiedzę świat, ale ze względu na to, co zrobiłem, praktycznie nigdy nigdzie nie pojechałem”. Wcześniej z wielkim żalem wyznaje, że nie tylko nie ma wnuków, ale nawet nie wie, jak trzymać w ramionach małe dziecko. „Zastanawiałem się nad tym”, mówi Schneider, „i nagle mnie olśniło. Pomyślałem o wielu wydarzeniach, które ustawiły moje życie na takich a nie innych torach. Zatem nawet jeśli nie jesteśmy pustelnikami, nawet jeśli nie żyjemy w więzieniu, w którym sami się zamknęliśmy, to jednak ograniczają nas pewne subtelne i psychologiczne czynniki. Każdy doświadczył czy to tragedii, czy porażki, która obarcza go i nie pozwala w pełni żyć. I może o to chodzi w życiu, o zrzucenie tych małp z naszych pleców”.

Bush nie mógł sam pozbyć się swoich małp. Musiał spotkać Buddy’ego, który pomógł mu to uczynić.

 

 

Marek 1,29-39

On 06/02/2012, in Biblia - NT - Marek, Kazania, by BJ
0

Zaraz po powołaniu pierwszych uczniów Jezus przystępuje do działania – wypędza demony i uzdrawia. W ten sposób zwiastowanie Królestwa Bożego staje się w dramatyczny sposób konkretne i zauważalne. W całej Ewangelii Marek ukazuje Jezusa rozbrajającego demoniczne siły zła oraz postępującą dekonstrukcję królestwa szatana. Walka rozpoczęła się już na pustyni, dokąd Jezus udał się zaraz po swoim chrzcie, czyli powołaniu Go do służby. Teraz jednak spotyka tego samego przeciwnika w miejscu, gdzie byśmy go wcale nie szukali – w synagodze, gdzie – przynajmniej w teorii – gromadzili się wierni, by słuchać wykładu Słowa, modlić się i śpiewać Psalmy na chwałę Boga. Lecz ewangelista zaraz dalej stwierdza, że był to stan normalny – nie tylko w tej, ale i w innych synagogach Galilei Jezus spotykał ludzi opętanych (w. 38). Aby było jeszcze ciekawiej, demon rozpoznawszy Jezusa, pyta Go: „Cóż mamy z Tobą, Jezusie Nazareński? Przyszedłeś nas zgubić?” (w. 24), przy czym posługuje się liczbą mnogą, choć zaraz potem przechodzi na liczbę pojedynczą: „Wiem, kim jesteś…”. Czyżby mówiąc o „naszej zgubie”, miał na myśli nie tylko siebie, ale i starszych synagogi? Wygląda na to, że głównym źródłem zniewolenia złem byli w Izraelu jego przywódcy religijni i to nie tylko faryzeusze i uczeni w Piśmie, ale też przełożeni zgromadzeń lokalnych.

Marek chyba nie bez powodu jako pierwszy cud Jezusa opisuje właśnie wypędzenie demona i to zaraz po chrzcie Jezusa, w którym został On namaszczony Duchem Świętym. Przypomina to historię Dawida, który zaraz po namaszczeniu na króla znalazł się w pałacu Saula dręczonego przez złego ducha. Dawid uwolnił Saula od złego ducha grą na harfie (1 Sm 16,13-23). Jezus ukazany jest więc jako król, który – jak opisał to Paweł w Liście do Kolosan 1,13 – wyzwolił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa światłości.

Sekwencja wydarzeń opisanych przez Marka zdaje się mówić, że źródłem prawdziwej wolności jest szczera wiara w Boga. Z niej wolność płynie do innych dziedzin życia osobistego i społecznego. Z kolei źródłem niedoli jest fałszywa lub obłudna wiara, która nie tylko przyćmiewa umysł, ale też podbudza złe żądze.

W czasie wizyty w synagodze czterej uczniowie Jezusa nie są widoczni na scenie, lecz pojawiają się zaraz potem, a Marek przypomina nam ich imiona. Tym razem widzimy ich w domu teściowej Piotra, która złożona jest wysoką gorączką. Uzdrowienie jej jest drugim cudem dokonanym przez Jezusa w Ewangelii Marka. Kolejność znów wydaje się nieprzypadkowa – najpierw Jezus uwalnia od demonów, a następnie przywraca zdrowie. Może chodzi o to, byśmy pamiętali, że wszelka niedola jest pochodną działania mocy szatańskich – samo uzdrowienia ciała na nic się nie zda, jeśli człowiek pozostanie w mocy diabła. „Cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swej szkodę poniósł?” (Mt 16,26).

Marek używa ciekawej frazy, gdy mówi o uzdrowieniu teściowej Piotra – stwierdza, że Jezus „podniósł ją” (w. 31). Tych samych słów używa, gdy mówi o powstaniu Jezusa z martwych (14,28 i 16,6) oraz gdy opisuje reakcję Heroda na wieść o Jezusie, którego wziął za zmartwychwstałego Jana Chrzciciela (6,14 i 16), ale także gdy opisuje inne uzdrowienia (3,3; 10,49). Zdaje się, że Marek chce w ten sposób zakomunikować, iż Jezus przyszedł nie tylko po to, by na chwilę poprawić naszą dolę, lecz po to, by dać nam nowe życie – życie w wolności od mocy ciemności, życie pod Jego panowaniem. Ten, kto szuka u Jezusa tylko poprawy swej doli, a nie nowego życia, nie rozumie, kim jest Jezus i po co przyszedł. Pokazuje też, że sprawy doczesne są dla niego ważniejsze niż wieczność i nieśmiertelność.

Opis Marka uzupełniony jest opisem tego, co wydarzyło się natychmiast po uzdrowieniu teściowej Piotra – „opuściła ją gorączka i usługiwała im” (w. 31). Jezus wzbudził teściową Piotra do nowego życie, a jego istotnym elementem jest służba. Ten schemat powtórzy się jeszcze kilka razy w Ewangelii. Niestety, Jezusowi nie przyszło łatwo wbić uczniom do głowy, że służba jest cechą charakterystyczną Jego ucznia. I niech nie zwiedzie nas to, że służba teściowej Piotra ograniczyła się do przygotowania posiłku – w tych kategoriach Marek opisuje usługiwanie aniołów Jezusowi, gdy przebywał na pustyni (w. 13). Jak przypomina List do Hebrajczyków, gościnność jest jednym z atrybutów ucznia Jezusa (Hbr 13,2). Już wcześniej okazał ją Piotr, zapraszając Jezusa do swego domu.

Sam Jezus usługiwał uczniom przy posiłkach, obmywając im stopy, ale też często spędzał z nimi czas przy stole, nauczając ich, ale też angażując do usługiwania „przy stole”, gdy nakarmił raz 5000, a innym razem 4000 osób. Posługiwał się również przykładami zapożyczonymi ze stołowej etykiety, by przekazać uczniom zarys chrześcijańskiej postawy i zachowania (Łk 14,1-24). Chyba więc nie bez powodu Łukasz podaje, że dwaj uczniowie uciekający do Emmaus po śmierci Chrystusa, rozpoznali Go nie po Jego słowach, co właśnie po łamaniu chleba (Łk 24,30-31).

Marek opisując reakcję teściowej Piotra na uzdrowienia, posługuje się tu greckim słowem diakoneo, które stało się terminem technicznym na określenie chrześcijańskiego posługiwania (por. Dz 6,2) i od którego pochodzi słowo „diakon” i „diakonia”. Sam Jezus mówił później, że właśnie po to przyszedł na ziemię jako dobry Król – nie aby Mu służono, lecz aby służyć (Mk 10,45). Wygląda więc na to, że służba jest jedyną właściwą reakcją na nowe życie, do którego zostaliśmy wzbudzeni w Chrystusie. Bóg wyzwolił nas spod władzy szatana i dał nowe życie, byśmy stali się podobnymi do Jezusa królami-sługami.

 

 

Marek 1,14-20

On 25/01/2012, in Biblia - NT - Marek, Kazania, by BJ
0

Kiedy Bóg stworzył świat, oczekiwał, że człowiek napełni go chwałą Stwórcy na podobieństwo Ogrodu Eden, że doprowadzi go do dojrzałości, przemieniając go z chwały w chwałę według wzoru, jaki Bóg ukazał mu w tygodniu stworzenia. Człowiek wypełniając plany Boga, osiągnąłby szczęście, realizując swoje powołanie i stałby się źródłem błogosławieństwa dla reszty stworzenia. Jednak człowiek szybko odrzucił plany Boga. I nie chodzi o to, że zamiast raju chciał stworzyć piekło na ziemi. Chodzi o to, że ucieknąwszy od Boga, odciął się od źródła prawdziwej chwały, mądrości i życia. Świat – królestwo niegodziwego człowieka – pogrążył się w niegodziwości i zbrodni i zginął w wodach Potopu.

Marek nie ukrywa, że głównym wątkiem jego Ewangelii jest Królestwo Boże. Ukazuje Chrystusa przede wszystkim jako króla i właśnie pojawienie się tego króla – dobrego, sprawiedliwego i potężnego – oznacza ni mniej, ni więcej, ale nadejście Królestwa, które zdaniem Marka jest właśnie Ewangelią, czyli Radosną Nowiną. Królestwo rośnie i rozprzestrzenia się przez głoszenie Ewangelii, a z drugiej strony Bóg rządzi swym Królestwem przy pomocy Ewangelii. Bramą Królestwa jest zdaniem ewangelisty nawrócenie, upamiętanie. Z kolei sposobem życia w Królestwie jest lojalność królowi.

Jeśli mówimy o upamiętaniu, to chodzi przede wszystkim o to, co Paweł nazywa „odnowieniem umysłu”: „Tak więc mówię i zaklinam na Pana, abyście już więcej nie postępowali, jak poganie postępują w próżności umysłu swego, mający przyćmiony umysł i dalecy od życia z Bogiem przez nieświadomość, która jest w nich z powodu zatwardziałości serca ich” (Ef 4,17-18). Ta próżność lub przyćmienie umysłu bierze się z pychy i niewdzięczności, która każe człowiekowi przypisywać sobie to, co Boskie. To głupie myślenie przejawia się między innymi w fałszywych wyobrażeniach Królestwa Bożego przybierających formy wszelkiego rodzaju utopii zawsze prowadzących do jeszcze większego nieszczęścia niż to, które miały wyplenić.

Lecz ta grzeszna głupota nie jest jedyną rzeczą, z której musimy się nawrócić. Kolejną jest zwątpienie. To zwątpienie dało szybko o sobie znać. Najpierw Piotr zapewnia Jezusa, że krzyż nie jest konieczny, by pokonać szatana. Potem uczniowie przypominają Jezusowi, że dla Niego wszystko porzucili. W końcu Piotr próbując ratować własną skórę, wypiera się wszelkiej znajomości z Jezusem. To typowa reakcja, gdy Królestwo Boże nie nadchodzi tak, jak byśmy tego chcieli. A także gdy zamiast nadchodzącego Królestwa Bożego widzimy wokół siebie panoszenie się zła. Wtedy Królestwo Boże zaczynamy traktować jako co prawda piękne, lecz nieuchwytne marzenie.

Może właśnie dlatego Marek przypomina okoliczności, w jakich Jezus zaczął głosić Królestwo Boże, a stało się to, gdy Herod pojmał Jana Chrzciciela, którego następnie stracił w znanych okolicznościach. Nie był to zbyt zachęcający moment dla ogłoszenia wypełnienia czasu i przybliżenia się Królestwa. Jan padł ofiarą nikczemnych ludzi, lecz Jezus ogłasza Dobrą Nowinę. A jednak jak najbardziej wpisuje się to w historię biblijną. Wystarczy wspomnieć Józefa, syna Jakuba, którego bracia znienawidzili i sprzedali w niewolę dlatego, że Józef okazał się zaufanym synem Jakuba i otrzymał funkcję administratora jego majątku. Nie on jeden ściągnął na siebie zawiść bliźnich, gdy okazał się człowiekiem wiernym Bogu. Mimo to Bóg obrócił w dobro zło, które bracia Józefa knuli przeciwko niemu. Bracia Józefa w sposób absolutnie niezamierzony przyczynili się do tego, że Józef został drugą po faraonie osobą w Egipcie i dał zbawienie nie tylko światu, ale i swoim braciom. Coś podobnego spotka Jezusa – także Jego bracia wydadzą do oprawcom, lecz Jego męka i krzyż przyniosą światu wyzwolenie z kajdan diabelskich.

Okoliczności, w jakich Jezus zaczyna głosić poselstwo o Królestwie Bożym, a także sposób, w jaki pokonał szatana, nie są przypadkowe. Mają upewnić uczniów, że siły zła – choć nie należy ich lekceważyć, bo mogą wyrządzić wiele złego – nie mogą powstrzymać nadejścia Królestwa. Uczniowie nie mogą być z jednej strony hurra optymistami lekceważącymi zło, lecz z drugiej strony nie mogą być defetystami niewierzącymi w zwycięstwo, z góry przewidujący porażkę, lecz muszą być przekonani o zwycięstwie Królestwa Bożego w historii.

 

 

Wyspa (2006)

On 13/01/2012, in Film, Recenzje, by BJ
0

Wyspa (2006), reż. Paweł Łungin

Rasputin był chyba najlepiej znanym świętym głupcem (ros. jurodiwyj, co dosłownie oznacza wyrodka i używane było w znaczeniu: degenerat, dziwak; w języku polskim czasami nazywa się ich także świętymi idiotami). Rodzina ostatnich carów Rosji tak bardzo polegała na jego radach, że zdaniem niektórych to on w rzeczywistości kierował losami upadającego imperium. Rasputin należał do długiej linii świętych głupców, a jego wpływ na rodzinę panującą nie był niczym niezwykłym.

Za pierwszego świętego głupca uznaje się Symeona z Emesy, który pewnego razu wpadł na pomysł, by przez kilka dni ciągać za sobą martwego psa. Miał to być znak pokory, wskazujący na to, że Symeon – a także inni ludzie – nie był wart więcej niż zdechłe zwierzę. Zresztą święci głupcy często porównywali się do psów i to zwykle na korzyść tych ostatnich. Tradycja świętych głupców niemal wymarła w Bizancjum w XI wieku, lecz znalazła nowy dom na Rusi, osiągając apogeum w Rosji w wiekach XV-XVII, by popaść w niełaski w czasach Piotra I, który uważał jurodiwych za ludzi chorych umysłowo i zakazał ich praktyk.

Teoretycy świętej głupoty dla uzasadnienia tej praktyki powoływali się na przykład starotestamentowych proroków oraz na słowa apostoła Pawła, który w Pierwszym Liście do Koryntian napisał: „Niechaj nikt samego siebie nie oszukuje; jeśli komuś z was się wydaje, że jest na tym świecie mądry, niech się stanie głupim, aby się stać mądrym” (1Kor 3,18). W ich interpretacji były one wezwaniem do przyjęcia maski głupca, by ukazać zakamuflowaną głupotę lub grzeszność ludzi z otoczenia świętego głupca otoczenia w celu przyprowadzenia ich do Chrystusa. Tyle teoria, praktyka zwykle była odmienna, jak wykazała to Ewa Thompson w pracy pt. Understanding Russia: The Holy Fool in Russian Culture (Zrozumieć Rosję – święty głupiec w kulturze rosyjskiej).

Świętego głupca od wieków można było znaleźć niemal w każdej większej rosyjskiej osadzie. Niektórzy – choć mieli duży wpływ nawet na lokalne władze – snuli się tu i tam nadzy i niemyci. Czasami nosili dziwaczne ubrania. Często ich zachowanie wzbudzało niepokoje społeczne. Mówili w sposób pogmatwany, a ich przepowiedzi interpretowali inni. Jurodiwi występowali przeciwko tradycyjnym, zinstytucjonalizowanym formom życia religijnego i społecznego podszytych ich zdaniem oszustwem i hipokryzją.

Jedni mieli ich za głupców, inni – za świętych, wierząc, że posiadają nadprzyrodzone moce i zdolność jasnowidzenia. Skandaliczne zachowanie świętych głupców rzekomo miało służyć wyższym celom, a zwłaszcza obnażeniu złych postaw i działań innych ludzi oraz ukazaniu marności ziemskich bogactw i piękna oraz wskazaniu na niebiańskie wartości.

Zdaniem Thompson święci głupcy byli z lekka tylko schrystianizowaną formą szamanów, na co wskazywał ich sposób bycia, ubiór, popadanie w natchnioną ekstazę oraz przypisywana im zdolność prorokowania. Cuda dokonywane przez nich niewiele miały wspólnego z cudami opisanymi w Piśmie Świętym, gdzie mają na celu przede wszystkim pomoc bliźniemu. Święci głupcy dokonywali cudów po to, by zwrócić na siebie uwagę lub zastraszyć zwykłych ludzi.

Początkowo uważano ich raczej za pogan niż za chrześcijan, jako że trudno było doszukać się jakichś ewangelicznych elementów w ich życiu. Inaczej niż w przypadku bizantyjskich ascetów rosyjscy święci głupcy zwykle nie zamierzali nikogo nawracać na chrześcijaństwo ani nie zajmowali się dobroczynnością. Z czasem zaczęto interpretować ich zachowanie jako paradoksalną mądrość. Tym sposobem niemoralność świętego głupca stała się paradoksalną cnotliwością, a jego agresja – paradoksalną pokorą. Jak zauważa Thompson, akceptacja radykalnego paradoksu– cenionego o wiele wyżej niż prosty sylogizm – oraz irracjonalizmu jako podstawy światopoglądu stała się to podatnym gruntem dla hegelianizmu i marksizmu w Rosji.

Choć kler prawosławny nie zawsze spoglądał łaskawym okiem na świętych głupców, to – przynajmniej częściowo – sam przyczynił się do ich popularności. Przez wieki poziom nauczania i duszpasterstwa w prawosławiu był tak niski – duchowni odczytywali gotowe homilie i zwykle byli kiepsko wykształceni, a nabożeństwo nie było niczym więcej niż pustym rytuałem – że ludzie szukali porady u świętych głupców, którym kler nie był w stanie rzucić poważnego wyzwania.

Ojciec Anatolij z filmu „Wyspa” jest przedstawiony jako święty głupiec: ma dar jasnowidzenia i uzdrawiania. Ludzie wolą u niego szukać rady i pomocy niż u oficjalnego duchowieństwa, które zdaje się żyć z dala od spraw zwykłego człowieka. Co więcej, jego domostwo i ubiór, a także styl bycia nosi wszelkie znamiona świętego głupca. Jednak nie do końca pasuje do powyższej charakterystyki jurodiwego. Jego działania, choć dziwaczne i prowokacyjne, mają na celu pomoc bliźniemu lub jego pokutę. W rozmowie z młodą kobietą proszącą o błogosławieństwo na aborcję (czy jest to przykład myślenia paradoksalnego? czy na łacińskim Zachodzie ktoś starałby się o takie połączenie ognia z wodą?) ojciec Anatolij – czerpiąc naukę z własnego doświadczenia – próbuje odwieźć ją od próby zabicia nienarodzonego dziecka, wskazując na to, że ściągnie to na kobietę zgryzotę i cierpienia duszy, które rzucą mroczny cień ma całe jej życie. Zamiast wolności i morza nowych możliwości spotka ją niewola zbrukanego sumienia. Podobnie jego trudne relacje z ojcem Jowem w końcu prowadzą do nawrócenia przełożonego, którego wrogość wobec ojca Anatolija podyktowana była Kainową zazdrością o sławę ojca Anatolija, a którą skrzętnie ukrywał za maską służbistości. Ponadto, ojciec Anatolij zna Pismo, modli się jego słowami i czerpie z niego natchnienie, nie jest więc pogańskim szamanem, lecz rzecznikiem Ewangelii.

Zdaje się, że zarówno reżyser, jak i odtwórca roli ojca Anatolija (Piotr Mamonow, frontman kultowego zespołu punkowego Zwuki Mu, który nawrócił się na chrześcijaństwo w wieku lat 45) chcieli naszkicować obraz świętego głupca, który o wiele bardziej pasowałby do bizantyjskiego pierwowzoru niż do jego średniowiecznej rosyjskiej wersji. A może nawet do słów apostoła Pawła o staniu się głupcem dla Chrystusa. Mamonov znany jest z tego, że bez ogródek mówi, co myśli. Gdy w 2006 roku odbierał nagrodę dla najlepszego aktora rosyjskiego, wywołał skandal, lecz nie tyle swoim ubiorem, co słowami: „Myślicie, że Putin rozwiąże problemy Rosji? Sami musimy je rozwiązać”. Mamonov pozwala sobie na taką bezpośredniość, ponieważ – jak mówi – chce uchronić ludzi od popełnienia błędów życiowych, jakich sam się dopuścił. Jego przesłanie jest proste: człowiek jest próżny, a próżność zaćmiewa umysł, przez co ludzie przestają słyszeć siebie nawzajem; że Bóg jest najważniejszy, lecz ludzie tracą z Nim kontakt przez grzech – jedni przez pijaństwo, inni przez zawiść lub oszustwo. Od czasu do czasu wciąż daje koncerty, na których wykonuje stare przeboje Zwuki Mu. Czyni to, jak twierdzi, nie w celach komercyjnych, bo gospodarstwo rolne, na którym żyje, zapewnia mu godziwy byt, lecz po to, by wołać do ludzi z bagna, w które wpadł po pachy, by się w nie nie pchali. Zupełnie jak ojciec Anatolij przestrzegł młodą dziewczynę chcącą dokonać aborcji ze strachu, że mając nieślubne dziecko zostanie starą panną. Ojciec Anatolij wie, bo tego doświadczył, że morderstwo dokonane ze strachu przed śmiercią, jest jak samobójstwo – rabuje człowieka z prawdziwego życia, czyniąc go niewolnikiem poczucia winy za dokonaną zbrodnię.

Ojciec Anatolij nie szuka ukojenia sumienia w wymówkach, zapomnieniu, masce sprawiedliwości. Choć łatwo by mu to przyszło: zabił, bo nie miał innego wyjścia, Niemcy go to tego zmusili, poza tym była to wojna, kiedy ludzie musieli dokonywać trudnych wyborów – między mniejszym i większym złem; zresztą, od tego czasu minęło ponad trzydzieści lat, więc czas uwolnić się od przeszłości i żyć przyszłością; przede wszystkim – mógłby powiedzieć – działa przeze mnie Bóg, jestem cudotwórcą i jasnowidzem, to wyraźny znak łaski. Ojciec Anatolij wie jednak, że dopuścił się strasznego czynu, z którego nie oczyści go ani upływ czasu, ani okoliczności wojny, ani życie w klasztorze lub pokuta odbywana w kotłowni. W tej kwestii liczy tylko na zmiłowanie Boże. Wie, że przed Bogiem żadna maska mu nie pomoże. Jest więc szczery i to zarówno przed Bogiem, jak i przed ludźmi, bo wie, że życia nie można oprzeć na oszustwie. Dlatego – zdawać by się mogło, że chwilami zbyt bezlitośnie – konfrontuje ludzi z ich hipokryzją, by ich od niej uwolnić, co stanowi pierwszy krok do nawrócenia i nieudawanej pobożności. To kolejna cecha różniąca ojca Anatolija od stereotypu świętego głupca – brak myślenia paradoksalnego. Przeciwnie, zawsze wskazuje na zgubne i nieuchronne konsekwencje trwania w stanie hipokryzji. Wyzbycie się jej przynosi człowiekowi wolność i pozwala prawdziwie żyć. Nawet jeśli jest to życie spędzone w kotłowni na dalekiej Północy.

 

Tagged with:
 

Nowe

On 31/12/2011, in Eschatologia, Historia, by BJ
0

Rousas John Rushdoony, fragment “Revolt against Maturity”, Vallecito 1987

Tłumaczył Bogumił Jarmulak

Słowo „nowe” pełni w Biblii ważną rolę. Kryją się za nim dwa greckie słowa: kainos, co znaczy „nowy w formie, jakości lub naturze”, oraz neos, co znaczy „nowy w czasie”. Słowo „nowość” (por. Rz 6,4; 7,6) to greckie kainotes, co znaczy, że „nowość życia” to nowa jakość życia. Słowem częściej występującym w Nowy Testamencie jest kainos.

Wciąż powracającym stwierdzeniem Pisma jest obietnica nowego stworzenia: „Oto ja stworzę nowe niebo i nową ziemię i nie będzie się wspominało rzeczy dawnych, i nie przyjdą one na myśl nikomu” (Iz 65,17; por. 51,16; 66,22; 2Pt 3,13; Obj 21,1). Chrystus zasiadający na tronie mówi: „Oto wszystko nowym czynię”. Bóg w Starym Testamencie obiecał Nowe Przymierze. Również tu użyte jest greckie słowo kainos (por. Hbr 8,8; Obj 21,5) wskazujące na nową naturę lub jakość. Nowe stworzenie, choć zewnętrznie podobne do starego, cechuje się nowym życiem i jakością dzięki zbawczej mocy Boga. Źródłem nowego życia jest Jezus Chrystus, który w Objawieniu 3,14 przedstawił się jako „Amen, świadek wierny i prawdziwy, początek stworzenia Bożego”. Słusznie skomentował te słowa W. Boyd Carpenter:

Początek stworzenia Bożego – ten tytuł naszego Pana nie pojawia się w listach do innych zborów, lecz bardzo przypomina język św. Pawła z Listu do Kolosan (1,15-18). Początek nie oznacza, że Chrystus był pierwszym pośród stworzeń, lecz że był ich źródłem. Przez Niego wszystko zostało stworzone (Jn 1,1-3; Kol 1,15 i 18) – stworzenie zostało zapoczątkowane nie wraz z Nim, lecz przez Niego . Krótko mówiąc, słowo „początek” (podobnie jak słowo „wierność”) należy postrzegać w stronie czynnej. Chrystus posiada zarówno moc stwórczą (Dz 3,14), jak i pierwszeństwo nad wszelkim stworzeniem. Nieprzypadkowo ten tytuł Chrystusa pojawił się w liście do kościoła w Laodycei, który był zagrożony pokusą kultu pomniejszych bóstw (por. Kol 1,16; 2,15, gdzie pojawia się słowo „początek” w liczbie mnogiej, które tłumaczone jest jako „władze”). [W. B. Carpenter, „Revelation”, w: Ellicott, red., Commentary on the Whole Bible, VIII, s. 549].

Św. Jan stwierdza wprost: „Wszystko przez nie [Słowo] powstało, a bez niego nic nie powstało, co powstało” (Jn 1,3). Bóg Syn, a właściwie cała Trójca, był zaangażowany w dzieło stworzenia, tak że w oderwaniu od Niego stworzenie nie jest w stanie istnieć, a człowiek nie może go poznać. Tym bardziej po Upadku niemożliwe jest nowe stworzenie w oderwaniu od Tego, który jest źródłem całego stworzenia. Wszystkie rzeczy powstały z niczego dzięki suwerennemu słowu Boga i tylko dzięki temu słowu mogą dostąpić odrodzenia i odnowienia.

Kiedy mówimy o zbawieniu, uzdrowieniu lub zwycięstwie, to mamy na myśli właśnie odrodzenie całego stworzenia przez Boga Zbawiciela. Takie jest też znaczenie imienia Jezus – Bóg Zbawiciel, „albowiem On zbawi lud swój od grzechów jego” (Mt 1,21). Ponieważ grzech niszczy i uśmierca stworzenie, dlatego Bóg niszcząc grzech i śmierć, ratuje i odnawia swój lud. Początkiem i znakiem nowych narodzin stworzenia – nowych w naturze, jakości i życiu – były narodziny dziecka, a dokładnie – wcielenie Syna Bożego: „To będzie dla was znakiem: Znajdziecie niemowlątko owinięte w pieluszki i położone w żłobie” (Łk 2,12).

Znak w Nowym Testamencie „to zewnętrzny przejaw wewnętrznego lub ukrytego celu, zwykle związanego z planem Bożym”. Symeon nazwał Jezusa „znakiem, któremu się sprzeciwiać będą” (Łk 2,34). Jezus gromił tych, którzy domagali się cudownego znaku z nieba (por. Mt 12,39; Mk 8,12; Łk 11,29; 1Kor 1,22), ponieważ wszystko, czym był i co czynił, było znakiem dla tych, którzy byli gotowi go przyjąć.

Jako znak zbawczego działania Boga Jezus postrzegał raczej swoją osobę niż czyny. Sam Syn Boży został dany temu pokoleniu jako znak bliskości zbawienia. Może właśnie z tego powodu Jezus przyjął tytuł Syna Człowieczego. Ezechiel, podobnie jak inni prorocy (por. Iz 8,18), uważał się za znak dany jego pokoleniu (por. Ez 12,6; 24,24), posłany, by wypowiedzieć słowa Boga, „czy będą słuchać, czy nie” (Ez 3,4 i 11). Zatem Syn Człowieczy, Jezus, przyszedł, by zwiastować słowo Boże i być znakiem dla nieposłusznego ludu (por. Ez 3,27 i Mk 4,9). [A. Richardson, „Sign in the NT”, w: The Interpreter’s Dictionary of the Bible, R-Z, New York 1962, s. 346].

Jezus Chrystus ogłosił, że jest znakiem. Podobnie aniołowie przy Jego narodzinach ogłosili, że Jezus ma być znakiem czegoś nowego – „radości wielkiej, która będzie udziałem wszystkiego ludu” (Łk 2,10). Przesłanie zastępów anielskich brzmiało: „Chwała na wysokościach Bogu, a na ziemi pokój ludziom, w których ma upodobanie” (Łk 2,14). Lenski tłumaczy to następująco: „Chwała na wysokościach Bogu, na ziemi pokój, a ludziom – pomyślność”. Słowo tłumaczone jako „dobra wola” lub „upodobanie” to eudokia (por. Ef 1,5 i 9; Flp 1,15; 2,13; Rz 10,1; 2Tes 1,11; Mt 11,26; Łk 10,21). Eudokia lub dobra wola nie oznacza nowego porządku rzeczy, w którym ludzie okazują dobrą wolę sobie nawzajem. Oznacza raczej to, że istotą nowego świata jest dobra wola Boga okazana ludziom w narodzinach Jezusa Chrystusa. Św. Paweł odnosi się do tego faktu w Liście do Efezjan 2,14, kiedy stwierdza, że „On jest pokojem naszym, On sprawił, że z dwojga jedność powstała, i zburzył w ciele swoim stojącą pośrodku przegrodę z muru nieprzyjaźni”.

Zatem Jezus Chrystus, początek, czyli źródło stworzenia, jest też odnowicielem stworzenia, który udziela mu nowość życia i natury przez oczyszczenie go z grzechu i śmierci oraz przez odrodzenie go swoją mocą.

W wymiarze praktycznym oznacza to, że psychologia odrodzenia prowadzi człowieka do akceptacji tego, co nowe dzięki Chrystusowi. Bardzo łatwo przychodzi nam ubolewać nad przeszłością, co sprawia, że jesteśmy przez nią uwięzieni. W XX wieku wielu ludzi od stuleci zakorzenionych w jednym miejscu zostało wyrwanych i przesiedlonych w obce strony. Ludzie, którzy z miłości poświęcili swoje życia dla Kościoła, z przerażeniem odkryli, że Kościół stał się parodią własnej misji i powołania. Bezwzględny marsz humanizmu podeptał owoce pracy wielu pokoleń i wyśmiał płaczących w bólu. Zniszczenie nazwano cnotą, a nowinkę – nowością.

Wciąż aktualne są słowa Pana: „Niech umarli grzebią umarłych swoich, lecz ty idź i głoś Królestwo Boże” (Łk 9,60). To, co przemija, jest martwe i często musi przeminąć. Nie powinniśmy zawracać i wiązać się z przeszłością ani nosić po niej żałobę. Jesteśmy ludem Jezusa Chrystusa, który wszystko czyni nowym, i mamy iść do przodu z przeświadczeniem, że to, co prawdziwie nowe, pochodzi tylko z ręki Boga. Nowość życia, nowa jakość i natura, pochodzą tylko od Jezusa Chrystusa i z żadnego innego źródła. Zatem istotą nowego życia nie jest ani chowanie zmarłych, ani opłakiwanie przeszłości, ani tęskne spacerowanie pośród ruin, lecz rozpoznanie tego, że Jezus Chrystus jest „alfą i omegą, początkiem i końcem (…) Tym, który jest, i który był, i który ma przyjść, Wszechmogącym” (Obj 1,8). Przyszłość pochodzi tylko i wyłącznie z dłoni Boga, który rozpocząwszy dzieło odnowienia wszechrzeczy, okazuje i będzie okazywał ludziom eudokię, dobrą wolę i przychylność . Z tego względu siły ciemnością zostaną poruszone i zniszczone, a Królestwo Boga będzie głoszone i szerzone, by w pełni zamanifestować moc Bożą.

Stary człowiek w nas, człowiek upadły, lgnie do przeszłości i jest gotów na każdy kompromis, byleby osiągnąć choćby chwilowy pokój ducha, by nikt nie mącił mu jego wspomnień dnia wczorajszego, by dzień jutrzejszy nie upomniał się o niego. Lecz nowy człowiek nie dopuści do tego i nie zadowoli się zwycięstwami z przeszłości. Nie możemy więc odbierać rzeczy w sposób osobisty, jak nas dotykają, lecz musimy postrzegać je w kontekście planów Boga. Próba ucieczki od problemów jest próbą ucieczki od Boga, ponieważ istotą nowego życia jest konfrontacja z każdą przeszkodą, która staje na drodze rządom Chrystusa. Chrystus jest „znakiem, któremu się sprzeciwiać będą” (Łk 2,34), ponieważ Jego przyjście stanowi zagrożenie dla starego świata i jego roszczeń. Jest kamieniem obrazy dla wszystkich, którzy walczą z Bogiem. „Każdy, kto by upadł na ten kamień, roztrzaska się, a na kogo by on upadł, zmiażdży go” (Łk 20,18).

Kurczowe chwytanie się przeszłości równa się śmierci. Czas nie jest wiecznością, a teraźniejszość musi stać się przeszłością, by stworzyć miejsce dla przyszłości. To, co przemija, musi ustąpić temu, co się rozwija. Chrześcijanin jest pielgrzymem, który nie szuka niezmienności w czasie ani nowości w nowinkach. Nowość życia i kierunek marszu poprzez dzieje odnajduje w Chrystusie, swoim Odkupicielu, który stanowi punkt odniesienia dla jego wiary i postępów w czasie.

Czasami słyszy się zarzut kierowany pod adresem tych, którzy zrywają z ustanowionym porządkiem, że tak naprawdę nigdy go nie kochali. Jednak to właśnie ci, którzy najmocniej kochają Kościół, są tymi, którzy najbardziej są gotowi zerwać z nim w imię prawdziwej wiary, kiedy Kościół jej się wyrzeka. Ludzie, którzy zostawili swoje domy w Anglii, by udać się do Ameryki, byli wierniejsi spuściźnie, którą opuścili, niż ci, którzy zostali, i dlatego nazwali swą nową ojczyznę Nową Anglią. To, co dla pozostałych, było całkowicie obojętnej, dla pielgrzymów było sprawą wiary i życia, tak że kultura Anglii i Szkocji wkrótce zaczęła lepiej i szybciej rozwijać się w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych itd. Rola, jaką odegrały kolonie w ożywieniu krajów macierzystych, do tej pory nie została w pełni doceniona.

W każdej epoce przyszłość należy do ludzi, którzy wchodzą w nią z Chrystusem. Niezależnie od tego, jak ważne są technika i ekonomia, to nie one determinują przyszłość. Są one raczej produktami niż przyczynami. Przyczyny spoczywają w umyśle i w wierze człowieka. Gdyby technika i ekonomia determinowały przyszłość, to wiek dwudziesty byłby wiekiem najszczęśliwszym i najbardziej pokojowym z wszystkich dotychczasowych. Tak jednak nie jest. Zamiast tego znajdujemy się o krok od zbiorowego samobójstwa. Kto porzuca Chrystusa, ten wypiera się przyszłości. Brak mu nie tylko nowości życia i klucza do przyszłości, ale też czuje się obco w teraźniejszości i żyje w stanie ślepej rewolty. Ludzie, którzy nie potrafią tworzyć przyszłości, niszczą nawet swą teraźniejszość i lekceważą swoją przeszłość. Zastany porządek rzeczy można zniszczyć albo przez rewolucję, albo przez odmowę dojrzewania i odrzucenie warunków, na których możliwe są odrodzenie i odnowa.

W większości współczesnych kościołów, a w zasadzie w niemal wszystkich, złymi ludźmi są ci, którzy próbują wykorzystać Kościół jako narzędzie rewolucji, a nie Chrystusa, oraz ci, którzy nie mają nic przeciwko temu, by Kościół pozostał dalekim od wiary i Boga klubem towarzyskim gromadzącym ludzi zabiegających o zewnętrzną formę pobożności pozbawioną jej mocy (por. 2Tm 3,5). Ludzie pobożni odwracają się od takich kościołów i budują kościoły w oderwaniu od nich, jako że Kościół to nie budynek, organizacja, hierarchia lub tradycja, ale żywe i wzrastające ciało Chrystusa, które w każdym pokoleniu rozrywa stare bukłaki i domaga się nowej formy dla nowych czasów.

Pismo Święte zawiera intrygujący przykład użycia słowa „nowy”, dzięki któremu Duch Święty prowadzi nas do lepszego zrozumienia jego znaczenia. W Ewangelii Mateusza 9,17 wino określone jest jako nowe, neos, podczas gdy bukłaki są kainous. To samo znajdujemy w Ewangelii Łukasza 5,37-38. Wino, czyli życie wiernych, zawsze jest nowe w czasie, ponieważ każde pokolenie na własne oczy widzi działanie odradzającej mocy Chrystusa. Instytucjonalne zasobniki, w których zgromadzone jest to nowe życie, są te same: Kościół, państwo, szkoła, rodzina itd., lecz albo stają się nowe w swej naturze i jakości, albo rozrywa je siła nowego życia. Prawdziwymi chrześcijanami są ci, którzy w każdym pokoleniu rozrywają stare bukłaki przeszłości, ponieważ są życiem przyszłości i wymagają odnowionych form przyszłości. Biblia nazywa ich „nowym winem” (Mt 9,17; Mk 2,22; Łk 5,37-38), neos, czyli winem z najnowszego rocznika. Jesteśmy nowi w czasie nie tylko dlatego, że urodziliśmy się w obecnym pokoleniu, lecz przede wszystkim dlatego, że dzięki odradzającej mocy Chrystusa zostaliśmy uwolnieni ze świata grzechu i śmierci, od karmicznej konieczności, i uczynieni siłą i mocą przyszłości.

Choć chrześcijanin szanuje przeszłość, to jednak nie może zbyt silnie wiązać się z nią. Zbyt często, przysłuchując się naszym rozmowom, stwierdzamy, że ich głównym tematem są sprawy wczorajsze – żyjemy przeszłością. Opłakujemy ją, roztrząsamy ją, ciągle na nowo odgrzewamy, a tym samym napełniamy teraźniejszość smutkiem i wykrzywiamy ją, zaniedbując przy tym przyszłość. Problemy dnia wczorajszego i obecnego są jak najbardziej realne, a w upadłym świecie nie sposób od nich uciec. Jednak świadectwem tego, jak dojrzałe jest nasze chrześcijaństwo, jest to, co czynimy w odpowiedzi na zapewnienie Chrystusa: „Oto wszystko nowym czynię”. Czy śmiało i ufnie pracujemy w celu realizacji woli Bożej w naszym życiu, czy też bez końca trapimy się tym, kto i co powiedział wczoraj i dzisiaj? Czy całe nasze życie to jedynie reagowanie na to, co inni powiedzieli lub zrobili, czy też raczej aktywne uczestnictwo w chrystusowym dziele odnowienia wszechrzeczy? Czy bardziej przejmujemy się grzechami i niedociągnięciami bliźnich, czy też raczej koncentrujemy się na zadaniu budowania z myślą o przyszłości?