The Hurt Locker opowiada o Williamie Jamesie (Jeremy Renner), nowym saperze przydzielonym do jednostki składającej się oprócz niego z JT Sanborna (Anthony Mackie) i Owena Eldridge’a (Brian Geraghty). Ich jednostka zajmuje się rozbrajaniem wszelkiego rodzaju bomb, zwykle domowej roboty, w Iraku. Często pracują pod wielkim napięciem i to nie tylko ze względu na sam charakter ich służby, ale także ze względu na to, że w powojennym Iraku trudno odróżnić przyjaciela od wroga. Film ukazuje ostatni miesiąc spędzony przez nich w Iraku przed powrotem do domu. Kiedy jednak William James wraca do domu, okazuje się, że nie jest w stanie odnaleźć się w cywilnej rzeczywistości i niestety nie pomaga mu w tym jego (była) żona.

Na pierwszy rzut oka to kolejny film o ludziach, którymi zawładnęła wojna. Zatem – jak to się dzisiaj mówi – film antywojenny. Już na samym początku widzimy cytat mówiący, że „wojna to narkotyk”. I rzeczywiście wydaje się, że William James tak bardzo uzależnił się od wojny i adrenaliny, że nie może bez nich żyć. I być może taki był zamiar reżysera – ukazać człowieka uzależnionego od wojny jak od narkotyków. Ukazać niszczycielski charakter wojny także w wymiarze osobistym.

To jednak nie wszystko, co można o The Hurt Locker powiedzieć. Warto doszukać się w nim drugiego dna i odnieść to, o czym opowiada, do innych sytuacji, w których widzimy ludzi pochłoniętych przez to, co robią, tak bardzo, że zdają się żyć w innym świecie. William James nie jest bowiem tylko człowiekiem pochłoniętym przez wojnę, lecz przede wszystkim jest wybitnym specjalistą w swej dziedzinie. Jest też całkowicie oddany swej pracy, a w zasadzie powinniśmy powiedzieć -swemu powołaniu. James traktuje rozbrajanie bomb jak dobrą zabawę, lecz czyni to z najwyższą kompetencją i często w niekonwencjonalny sposób, czym denerwuje innych. (Przy rozbrajaniu jednej z bomb zdejmuje kombinezon ochronny, który najwyraźniej przeszkadza mu w pracy, i stwierdza, że jak ma umrzeć, to woli umrzeć wygodnie, czym jednak nie okazuje pogardy dla życia, lecz raczej daje wyraz trzeźwej i rzeczowej oceny sytuacji, choć przy pomocy czarnego humoru).

Zdaje się, że to właśnie jego profesjonalizm i pasja sprawiają, że ludzie go nie rozumieją i uważają za szaleńca. Zwłaszcza że James nie wygląda jak typowy filmowy bohater. Bigelow podkreśla to przez zestawienie Jamesa z jego poprzednikiem w jednostce, Mattem Thompsonem granym przez o wiele bardziej znajomą twarz Guya Pearce’a. Kolejną znaną postacią, która pojawia się tylko epizodycznie, jest Ralph Fiennes, który oczywiście robi wielkie wrażenie na widzach nie tylko swoją postawą, ale i brytyjskim akcentem, lecz który szybko ginie i znika ze sceny. James dopiero po czasie (czytaj: wielu rozbrojonych bombach) zdobywa uznanie i zaufanie Sanborna i Eldridge’a. Jednak inny sądzą, że nie potrafi wyznaczyć granicy między pracą a życiem osobistym. Jedno miesza mu się z drugim, a gdy przychodzi wybrać między jednym a drugim, wybiera pracę. Jest więc człowiekiem, którego tożsamość jest nie tylko nierozerwalnie związana z powołaniem, ale i jest przez nią praktycznie w całości zdefiniowana.

Pozostaje pytanie, czy to dobrze, czy źle. Może źle dla życia osobistego Jamesa, lecz na pewno bardzo dobrze dla tych wszystkich ludzi, którym uratował życie dzięki swej kompetencji i poświęceniu. Eldridge w którymś momencie stwierdza, że Jamesowi nie układa się zbyt dobrze w relacjach z ludźmi, ale za to jest dobrym żołnierzem, co tak naprawdę znaczy – wybitnym żołnierzem. Choć trzeba zaznaczyć, że później Eldridge zmienia zdanie o Jamesie, kiedy – jak sądzi – z jego winy otrzymuje poważną ranę.

Eldridge to porządny facet, który chyba jednak nie powinien znaleźć się na wojnie. To wyraźnie nie jest jego powołanie i czuje się na niej zagubiony, więc ciągle potrzebuje „pasterza”, który pokierowałby nim. Pewnie w innej sytuacji i żywiole odnalazłby się o wiele lepiej. Przez moment widzimy, z jaką uwagą i znajomością rzeczy dba o Hummera używanego przez jego jednostkę, przez co możemy się domyślić, że zamiast na wojnie powinien znaleźć się z warsztacie, gdzie też zwykle brakuje kompetentnych i uczciwych mechaników. Jednak nawet na wojnie stara się możliwie najlepiej wywiązywać z obowiązków. Sanborn z kolei to urodzony żołnierz dobrze wykonujący swoje obowiązki. Jednak nawet na jego tle James wygląda na człowieka z innej planety. Jest nie tylko nad wyraz kompetentny, ale jest wręcz wirtuozem w swym powołaniu, bomby rozbraja jak artysta i choćby dla tych scen warto obejrzeć The Hurt Lockera. Myślę, że w tym właśnie kryje się urok tego filmu – w podejściu Jamesa do tego, co robi, a robi to z głową i z sercem. To czyni jego historię podobną do historii choćby Van Gogha – jeszcze jednego geniusza, który spotkał się z niezrozumieniem otoczenia. Nawet była żona Jamesa, która po rozwodzie wciąż żyje na jego koszt, nie jest w ogóle zainteresowana jego pracą. Kiedy James wraca na urlop do domu i opowiada o wojennych doświadczeniach, w odpowiedzi słyszy: Czy mógłbyś obrać marchewkę? Nota bene, aktorka grająca żonę Jamesa to kolejna znana twarz, która pojawia się w The Hurt Locker tylko na chwilę – Evangeline Lilly grająca postać Kate Austen w Zagubionych.

Pod koniec filmu trudno powiedzieć, o co chodzi z tymi narkotykami. Czy narkotykiem dla Jamesa jest sama wojna? Adrenalina, której przypływ czuje za każdym razem, gdy ryzykuje życie? A może narkotykiem jest satysfakcja z dobrze wykonanego zdania, którego mało kto w ogóle by się podjął, podobnie jak ma to miejsce w przypadku osób, które wspięły się na niezdobyty szczyt górski? Bigelow, chcąc lub nie, od czasu do czasu rzuca światło na motywacje Jamesa, którą jest raczej ratowanie ludzi, a nie podwyższony poziom adrenaliny. Adrenalina jest bonusem, a nie celem samym w sobie. Widać to choćby na przykładzie relacji Jamesa z chłopcem sprzedającym nielegalne DVD lub w scenie, w której James uświadamia sobie, że nie jest w stanie pomóc człowiekowi przykutemu do bomby zegarowej. W obu przypadkach James nie podejmuje ryzyka dla samego ryzyka, lecz w wyższym celu, a jednocześnie uświadamia sobie granice swoich możliwości.

Jeśli więc połączymy te elementy osobowości  Jamesa – wybitna, lecz niezrozumiana jednostka, ryzykująca życie dla wyższych celów, a dokładnie w celu ratowania niewinnych ofiar – to otrzymamy obraz bohatera romantycznego, z tym że nie w wydaniu Goethego lub Byrona, lecz raczej Mickiewicza lub Słowackiego. James bardziej przypomina Konrada lub Kordiana niż Giaura lub Wertera.

Może na tym polega tajemnica wyobcowania Jamesa? W czasach, kiedy obowiązującą filozofią jest egalitaryzm, jednostka wybitna, bohater romantyczny, postrzegany jest jako źródło zagrożenia dla ustalonego porządku rzeczy, przez co społeczeństwo próbuje ją oswoić, a kiedy to się nie da – wyeliminować. Paradoks polega na tym, że nawet najbardziej egalitarne społeczeństwo potrzebuje jednostek wybitnych, by przetrwać i się rozwijać. Bez „szalonego” Jamesa, wojna domowa w Iraku pochłonęłaby o wiele więcej ofiar. Niestety, społeczeństwa egalitarystyczne jeśli już obierają sobie celebrytów, to są to zwykle ludzie o miłej aparycji – wybór podyktowany jest względami estetycznymi raczej niż merytorycznymi. James nie jest jednak człowiekiem, który łatwo daje się polubić i nie jest zainteresowany szukaniem popularności. Jego nieuświadomiona przez większość społeczeństwa wartość wynika z powagi z jaką traktuje swoje powołania oraz z jego kompetencji. Inni – świadomie lub nie – korzystają z owoców jego pracy, lecz nie koniecznie obdarzają sympatią samego Jamesa.  Wyobcowanie i niepopularność jest ceną, jaką płaci za profesjonalizm. Adrenalina stanowi substytut uznania i wdzięczności, które powinno było okazać mu otoczenie.