Siedem grzechów głównym pierwotnie, przynajmniej we wschodniej wersji, było ośmioma złymi myślami lub demonami. Tak określił je mnich Ewagriusz z Pontu. Zachodnie chrześcijaństwo gdzieś zgubiło po drodze właśnie acedię. Niektórzy uważają, że pragmatycznym Zachód po prostu uznał, że acedia i lenistwo to jedno i to samo. I w rzeczy samej acedia jest pewnego rodzaju rozleniwieniem, lecz nie rozleniwieniem ciała, ale ducha. Można ją nazwać duchową opieszałością. Inne jej nazwy to: udręka serca, osłabienie duszy, pułapka melancholii i zwątpienia, uprzykrzenie, zgryzota lub zgnębienie. Jak widzicie, nie są to wszystko synonimy, co wskazuje na pewną trudność, jaką mamy nawet z przetłumaczeniem greckiego słowa akedia.

W greckim tłumaczeniu Starego Testamentu, czyli Septuagincie, pojawia się ono dwa razy: w Psalmie 119,28, gdzie oznacza zgryzotę (Biblia Tysiąclecia) lub smutek (Biblia Warszawska), oraz w Izajasza 61,3, gdzie oznacza ducha zgnębienia (BT) lub ducha zwątpienia (BW). Ponadto występuje raz w apokryficznej księdze Syracha 29,5, gdzie tłumaczone jest jako niezadowolenie (BT). Jak wynika z Izajasza 61,3, acedia jest przeciwieństwem radości i pieśni chwały (BT) lub pieśni pochwalnej (BW), a ogólnie rzecz biorąc – przeciwieństwem tego, co daje nam Bóg przez Jezusa Chrystusa (fragment ten odczytał Jezus w synagodze w Nazarecie, wskazując na swoje przyjście jako wypełnienie obietnicy z Iz 61).

Stan ludu Bożego opisany w Izajasza 61 jest wielce niepokojący: złamane serca, smutek i żałoba, płacz i lament, złamany duch, a o wszystko pośród zdewastowanych miast i wsi. Innymi słowy, mamy tu do czynienia z utratą nadziei spowodowaną ogromem nieszczęścia, jakie nas dotknęło. Sytuacja po prostu nas przerasta i nie widzimy żadnej drogi wyjścia, żadnej możliwości poradzenia sobie z tym, co nas spotkało. To chyba brzmi znajomo, bo i my najczęściej zniechęcamy się i poddajemy, kiedy przerasta nas problem, wobec którego stanęliśmy: złośliwy kierownik, oziębły mąż, egzamin z materiału, który nijak nie chce wejść mi do łba, ale też te trudniejsze sytuacje, jak kataklizm, który zniszczył cały dobytek albo utrata pracy lub bliskiej osoby przez zdradę lub śmierć. W takich sytuacjach zdaje się, że niebo wali się nam na głowę i nic już nie można zrobić, nie ma rady ani pomocy, wszystko stracone. Jest to stan ducha, w którym z powody przytłaczającej sytuacji po prostu nic już się nam nie chce i w gruncie rzeczy na niczym nam już nie zależy. Przecież i tak cokolwiek bym zrobił, niczego to nie zmieni. Tomasz z Akwinu przyrównał acedię z grzesznym smutkiem, o którym pisał Paweł: „Smutek, który jest według Boga, sprawia upamiętanie ku zbawieniu i nikt go nie żałuje; smutek zaś światowy sprawia śmierć” (2 Kor 7,10).

Lecz acedia może pojawić się w naszym życiu także w wyniku znużenia codziennością, np. pracą, która w żaden sposób nas nie pobudza ani nie interesuje tudzież – nie widzimy jej owoców. Ciekawe jest to, że dwoma najbardziej podatnymi na zniechęcenie i depresję grupami zawodowymi są gospodynie domowe i duchowni. Jedni i drudzy wykonują w gruncie rzeczy te same czynności każdego dnia i każdego tygodnia, których owoców nie dostrzega się z dnia na dzień, a czasami nawet z roku na rok.

Z najgorszym przypadkiem acedii mamy do czynienia, gdy dotyka ona dziedziny życia religijnego. Ewagriusz z Pontu w następujący sposób opisywał acedię w życiu mnichów: „Gdy w czasie Eucharystii napada na ciebie duch niedbałości, jakby dowodząc, że śpiew psalmów jest dla duszy ciężki i męczący, i kiedy podsuwa duszy ospałość jako przeciwieństwo, aby przez ledwie zauważalny pośpiech przywiódł na pamięć troskę o ciało, jakby było ono znużone z jakiejś przyczyny”.

Zdaniem Ewagriusza z Pontu acedia jest mieszanką frustracji i pożądania. „Kto ulega acedii, nienawidzi tego, co jest, pożąda zaś to, czego nie ma”. Acedię można by zatem utożsamić z melancholią, z buntem wobec zastanej rzeczywistości i tęsknotą za nieosiągalnym, zapatrzeniem w to, co naszym zdaniem przyniosłoby nam szczęście, ale co – niestety – pozostaje zdecydowanie poza naszymi możliwościami. „To marzycielstwo jednak miast człowieka uszczęśliwić, jeszcze bardziej oddala go od rzeczywistości i rodzi w nim nieustanne pretensje” (S. Łucarz, Siedem grzechów głównych). Może więc głównym źródłem bólu osoby cierpiącej na acedię jest to wewnętrzne rozdarcie między możliwościami a marzeniami, między tym, gdzie się jest i co się robi, a tym, do czego czujemy się prawdziwie powołani.

Taka postawa oczywiście zniechęca do solidnego wywiązywania się z obowiązków, rozdrażnienia miejscem zamieszkania oraz rozczarowaniem ludźmi, z którymi przyszło nam żyć i pracować. „Demon acedii, nazywany też demonem południa, jest najuciążliwszy spośród wszystkich demonów. Nachodzi mnicha koło godziny czwartej i osacza jego duszę aż do godziny ósmej. Najpierw sprawia, że słońce zdaje się poruszać zbyt wolno lub wręcz nie porusza się wcale, a dzień tak się dłuży, jakby miał pięćdziesiąt godzin. Następnie przymusza mnicha, aby ciągle wyglądał przez okno i wybiegał z celi, by wpatrywać się w słońce, jak daleko jeszcze do godziny dziewiątej; albo by rozglądać się tu i ówdzie, czy któryś z braci nie nadchodzi. Wzbiera w nim wreszcie nienawiść do miejsca [w którym mieszka], do życia i do ręcznej pracy. I [podsuwa myśl], że zanikła miłość wśród braci, a nie ma nikogo, kto by go pocieszył. A jeśli jest ktoś, kto w owych dniach zasmucił mnicha, to tym także posługuje się demon, by zwiększyć jego nienawiść. Przywodzi go do tęsknoty za innymi miejscami, w których łatwiej znaleźć to, co konieczne [do życia], i rzemiosło, które wymaga mniej wysiłku, a przynosi więcej korzyści. I dodaje, że podobanie się Panu nie jest zależne od miejsca [zamieszkania]. Wszędzie bowiem, mówi, można wielbić Boga” (Ewagriusz z Pontu, O praktyce). Innymi słowy, acedia przejawia się w braku wytrwałości w pracy, w modlitwie, w nauce, a także w braku cierpliwości wobec bliskich.

Ciekawe jest to, że acedia często następuje po okresie wielkiego podniecenia, dotyka ludzi, którzy okazywali wielki entuzjazm, śnili o wielkich rzeczach. Kolejne rozczarowania sprawiają, że stajemy się apatyczni i cyniczni. Dochodzimy do wniosku, że tak naprawdę nic nie jest warte wysiłku i poświęcenia. Nie jest więc to zwykłe lenistwo, lecz w gruncie rzeczy protest podszyty gniewem. Jednak protest ten nie rodzi żadnej rewolucji, żadnego działania, żadnej próby zaprowadzenia jakiejkolwiek zmiany. Jest czystym protestem i kontestacją. W gruncie rzeczy jest też przejawem zranionej miłości, ale miłości własnej – moje plany, marzenia, wysiłki spełzły na niczym, ludzie odpłacili mi złem za dobro, niewdzięcznością za poświęcenie, nawet Bóg nie docenił mojej pracy.

Zdaje się, że księgą, która w szczególny sposób porusza ten temat jest List do Hebrajczyków, gdzie znajdujemy słynne słowa: „Nie porzucajcie nadziei waszej, która ma wielką zapłatę” (Hbr 10,35; BW mówi o ufności, a grecki termin parresia może oznaczać też odwagę lub pewność). List do Hebrajczyków, inaczej niż większość listów Nowego Testamentu, nie zajmuje się jakimś określonym grzechem lub grupą grzechów, np. cudzołóstwem, herezją, pożądaniem. Raczej mówi o utracie nadziei, o zniechęceniu, o poddaniu się, z rezygnacji. Nie warto iść naprzód. Tak, kiedyś uznaliśmy, że Chrystus to obiecany Mesjasz, lecz po jakimś czasie okazało się, że sprawy nie są takie proste. Nie chodzi nawet o to, że dotknęły nas jakieś konkretne prześladowania, lecz że jakoś nie widzimy realnych korzyści płynących z bycia chrześcijaninem, a z drugiej strony z racji bycia chrześcijaninem dotykają nas od czasu do czasu jakieś może i niewielkie, lecz konkretne przykrości i kłopoty. To zniechęca.

Jak jest odpowiedź Pawła na tę sytuację? Spójrzcie na Chrystusa i Jego chwałę. Choć łatwiej to powiedzieć niż uczynić. Sam Paweł przyznaje, że „jeszcze nie widzimy” panowania Chrystusa obejmującego wszystkie rzeczy i cały wszechświat, widzimy raczej tego, który cierpiał aż do śmierci i otrzymał koronę chwały (Hbr 2,8-9). Później zaś przypomina o bohaterach wiary, którzy wytrwali do końca, zachowali nadzieję, dokonali wielkich rzeczy, choć za życia nigdy nie ujrzeli tego, co Bóg im obiecał. Innymi słowy, całe życie ciężko harowali, nie widząc głównego owocu swej pracy. To trochę jak zbieranie jagód – plecy bolą, słońce stoi w miejscu, pot spływa, gardło wyschło, a kanka wciąż pusta. Jedyna rzecz, która może nas wtedy zbawić, to myśl o pierogach z jagodami, okraszonych tłustą, białą śmietaną i posypanych cukrem. To samo czyni Paweł – opisuje chwałę Chrystusa i Jego Królestwa, które odziedziczą ci, którzy wytrwają do końca. Problemem ludzi trapionych przez acedię jest przekonanie, że nie ma na świecie takiej rzeczy, za którą warto oddać życie, dla której warto wstać skoro świt, cierpliwie znieść gderanie kierownika, udać się uciążliwą podróż, przyłożyć się do pracy, zrobić coś, co samo w sobie ani nas nie kręci, ani nie bawi, lecz co prowadzi do czegoś prawdziwie wartościowego i godnego pożądania.

A jakie kroki możemy podjąć na co dzień, by uniknąć demona acedii? Pamiętajmy, że wielkie rzeczy zwykle osiąga się małymi krokami. Skupmy się na najważniejszym i nie dajmy się rozpraszać przez sprawy drugorzędne. Pamiętajmy o celu, do którego dążymy. Wykonujmy codzienne obowiązki bez zaniedbywania ich. To wszystko pomoże nam ujrzeć to, co czynimy na co dzień, w eschatologicznym kontekście Królestwa Bożego, nada sens naszej pracy i codzienności oraz pozwoli cieszyć się nawet drobnymi zwycięstwami.

PS1.

Jeszcze kilka słów uzupełnienia na temat Listu do Hebrajczyków, a konkretnie – historii i opowiadań. Historie i opowiadania nie są służą po prostu zabawie, ich głównym celem nie jest dostarczenie rozrywki. Ich głównym celem jest dostarczenie fundamentu i ram, które posłużą z jednej strony do lepszego poznania rzeczywistości, a z drugiej – do właściwego zinterpretowania własnych doświadczeń. Jak ktoś powiedział, opowiadania stanowią “zasadniczą strukturę rzeczywistości”. Kiedy rozpoznajemy swoje miejsce w historii, wtedy odkrywamy sens tego, co doświadczamy. Oczywiście, istnieje nadrzędne opowiadanie (metahistoria), czyli historia Chrystusa, która obejmuje całe Pismo Święte. Dlatego Paweł w Liście do Hebrajczyków przypomina adresatom historię Abla, Henocha, Noego, Abrahama itd., które składają się na historię Chrystusa – naszego autora i dokończyciela zbawienia – wszyscy, którzy Go naśladują, przyjmując Jego poniżenie i hańbę, osiągną także to samo wieczne dziedzictwo. Dlatego, kiedy myślimy, że nic już nie ma sensu i o nic nie warto walczyć, musimy przypomnieć sobie bohaterów wiary i spojrzeć na swoje życie i doświadczenia przez pryzmat ich życia i doświadczeń.

PS2.

Warto też dodać kilka słów na temat Izajasza 61, gdzie akedia skontrastowana jest w mocą, radością i pieśnią chwały. Izajasz prorokował, że kiedy przyjdzie Chrystus, wtedy da to wszystko swemu ludowi. Jednak ważna jest tu kolejność. Chrystus nie przywróci radości ludu, odbudowując jego zniszczone miasta. Raczej natchnie lud mocą, radością i pieśnią chwały i tym samym uzdolni go do odbudowy zniszczonych miast.

Pieśń chwały i niewola pojawiają się także w Psalmie 137, gdzie czytamy: “Nad rzekami Babilonu – tam siedzieliśmy i płakaliśmy na wspomnienie Syjonu. Na wierzbach w tamtej krainie zawiesiliśmy lutnie nasze, bo tam żądali od nas słów pieśni ci, którzy nas wzięli w niewolę, a ciemięzcy nasi – radości: Śpiewajcie nam jakąś pieśń Syjonu! Jakże mamy śpiewać pieśń Pana na obcej ziemi?”. Kiedy jesteśmy przygnębieni i zniechęcenie, trudno śpiewać pieśni chwały. Zamiast tego wolimy zwrócić się ku swemu wnętrzu ku introspekcji i autoanalizie. A im dłużej myślimy o tym, jak bardzo jest nam źle, tym gorzej się czujemy. Nie jest to droga wyjścia. Użalanie się nad sobą nie pomaga.

Paweł w Liście do Efezjan pokazuje inną drogę: “Nie upijajcie się winem, które powoduje rozwiązłość, ale bądźcie pełni Ducha, rozmawiając z sobą przez psalmy i hymny, i pieśni duchowne, śpiewając i grając w sercu swoim Panu, dziękując zawsze za wszystko Bogu i Ojcu w imieniu Pana naszego, Jezusa Chrystusa” (Ef 5,18-20). Paweł nie pisze tu o radosnym piciu alkoholu, lecz o smutnym piciu. Noe pił wino, by świętować ratunek z wód Potopu. Lot pił wino, by zapomnieć o zniszczonej Sodomie i utraconym majątku i rodzinie. Paweł mówi zatem: Kiedy jesteś zniechęcony lub przygnębiony, nie szukaj pociechy w winie, lecz śpiewaj pieśni chwały. Czy nie jest to dokładnie tym, co czynił Dawid? Kiedy się bał lub był przygnębiony, wtedy pisał i śpiewał psalmy. Psalmy, które okazywały się zbawcze również dla Saula. Śpiew uwalnia nas od strachu i przygnębienia, karmi nasze dusze i dodaje im siły.