W Aleksandrii w czasach Ptolemeuszów opracowano tabele koniugacji, których wciąż używa się do nauki języków – zarówno ojczystego, jak i obcego. Wszyscy znacie tabele odmian: ja jem, ty jesz, on/ona/ono je, my jemy, wy jecie, oni jedzą. Niewątpliwie tabele aleksandryjskie przydają się do celu, dla którego zostały opracowane. Jednak, jak zauważył Eugen Rosenstock-Huessy, niosą również pewne zagrożenie. Chodzi mianowicie o co prawda bardzo uporządkowany, lecz u niezwykle abstrakcyjny sposób nauki języka, który nie tylko daleki jest od potocznej mowy, ale i od sposobu, w jaki człowiek postrzega świat. Nigdy bowiem w rzeczywistej mowie „ja” nie przychodzi na początku. Zanim nauczyliśmy się mówić „ja” i rozpoznawać siebie w lustrze, najpierw było jakieś „ty” oraz „wy”, które przemawiały do nas, mówiły, co mamy robić, uczyły nas świata. Być może to właśnie tabele aleksandryjskie przyczyniły się do tego, że nie tylko w dziedzinie nauki, a potem także w życiu codziennym i relacjach z bliźnimy wysunęliśmy „ja” przed „ty”, uznając je za punkt odniesienia dla pozostałych rzeczy oraz za punkt wyjścia dla poznania świata – tzw. obiektywnego poznania świata. Wszyscy słyszeliśmy o kartezjańskim „cogito ergo sum”, co znaczy „myślę, więc jestem”. To moja świadomość własnego istnienia jest miarą wszystkich rzeczy. Kartezjusz w eseju O metodzie wyraził nawet żal, że człowiek poznaje świat nie w obiektywny i neutralny sposób, lecz musi zmagać się z tym całym bagażem „uprzedzeń”, który dziedziczy po rodzicach i środowisku, w którym wyrastał. „Ty” było dla niego przeszkodą w obiektywnym poznawaniu świata.
Eugen Rosenstock-Huessy zauważa jednak, że świadomość własnego istnienia oraz odrębności nie musi być zła. W końcu wszyscy jesteśmy ludźmi, ale każdy posiada własną osobowość. Staje się zła, kiedy prowadzi do egocentryzmu; kiedy „ja” zaczyna ignorować „ty”; kiedy własne ambicje stają się nadrzędnym celem i miarą sukcesu. Jakby „ja” mogło nie tylko istnieć, ale i zaistnieć bez żadnego „ty”.
Choć nikt tego niezbicie nie udowodnił, to jednak wydaje mi się, że istnieje jakiś związek między tabelami koniugacji a Kazaniem na Górze. W Kazaniu na Górze Jezus, Boskie Słowo, uczy nas gramatyki chrześcijańskiego życia, w którym „ja” nigdy nie pojawia się na pierwszym miejscu, lecz jest owocem interakcji z jakimś „ty”. W gruncie rzeczy, na tym polega łaska, która nie tylko przychodzi z zewnątrz jako niezasłużony dar, ale i inicjuje nowe życie. Tą drugą osobą jest w pierwszej kolejności Bóg, ale też rodzice, w tym także pierwszy Adam, oraz Chrystus, czyli nowy Adam. Na tym też polega nawrócenie – nie na przemianie jakiejś abstrakcyjnej natury ludzkiej pojmowanej na grecki sposób, lecz na zmianie „ty”, które do nas przemawia i nas kształtuje. Innymi słowy – na przeniesieniu nas do innej rodziny, do innego kręgu społecznego i kulturowego, w którym na nowo uczymy się żyć.
W czasach Jezus duch tabel aleksandryjskich objawiał się między innymi w wyniosłości i próżności, która jest owocem egocentryzmu. Dla człowieka próżnego, zadufanego w sobie nic nie jest ważniejsze niż własna reputacja, opinia, jaką mają o nim inni ludzi. Człowiek próżny kocha swoją własną sprawiedliwość i doskonałość lub chociażby wyjątkowość. I nie ważne, czy chcemy być gwiazdą mediów, czy tylko obnosimy się z własną skromnością. W obu przypadkach chodzi o to, by znaleźć się w centrum uwagi i usłyszeć choć kilka pochlebnych słów, a może też poczuć nieco lepszym od innych. Przy czym osoba próżna i szukająca cudzej uwagi nie zabiega o rzetelną ocenę siebie i swoich czynów, lecz tylko o uznanie dla siebie. Problemem takiego człowieka nie jest to, że jest nieszczery w tym, co robi lub mówi, lecz to, że szczerze pragnie własnej chwały. Cokolwiek czyni, ma jeden cel, a mianowicie udowodnienie światu, że jest człowiekiem godnym pochwały, a może nawet niezastąpionym, a na pewno człowiekiem, który sam sobie zasłużył na szczególne miejsce w świecie.
Jezus wskazuje na trzy jak najbardziej dobre i godne pochwały uczynki, które jednak stają się złe, jeśli są sprawowane na pokaz. [Niektórzy wskazują na rzekom konflikt między 5. a 6. rozdziałem Ew. Mateusza. W szóstym Jezus mówi: Nie bądźcie sprawiedliwi na pokaz, niech żaden człowiek nie widzi waszej pobożności; a w piątym stwierdził: „Tak niech świeci wasz światłość przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”. Myślę, że konflikt między piątym a szóstym rozdziałem jest pozorny. Jeden bowiem i drugi stwierdza to samo – uczeń Jezusa nie szuka własnej chwały, lecz chwały Ojca. Tak jak Chrystus nic nie czynił na własną chwałę, lecz by uwielbić Ojca. Nie po to, by ludzie o Nim dobrze mówili, lecz by dobrze mówili o Ojcu]. Są to: jałmużna, modlitwa i post. Jałmużna była obowiązkiem każdego Izraelity i to samo dotyczy chrześcijan. Paweł wielokrotnie wzywa nas do pomagania potrzebującym, a z drugiej strony stwierdza, że chciwość jest bałwochwalstwem i żaden chciwiec nie odziedziczy Królestwa Bożego. To samo można powiedzieć o modlitwie – jest zarówno obowiązkiem, jak i przywilejem chrześcijanina, który z jednej strony ma za wszystko dziękować Boga, a z drugiej – we wszystkim zdawać się na Boga. Również post z jednej strony jest nakazem, a z drugiej – przywilejem. Jezus nie kwestionuje, żadnej z tych praktyk, lecz nazywa je dosłownie „sprawiedliwością” (w. 1; w wielu tłumaczeniach mowa jest niestety o „pobożności”). Natomiast ostro potępia czynienie dobrych rzeczy na pokaz, po to, by ludzi mieli o nas dobre mniemanie. Możemy czynić dobre rzeczy na pokaz z dwóch powodów: albo po to, by ukryć swoje prawdziwe „ja”, albo to po, by ukazać ludziom własną dobroć. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z hipokryzją, a w drugim z próżnością.
Człowiek próżny, to człowiek świadom dobra, które czyni i którym chce pochwalić się nim przed innymi. To człowiek, któremu nie wystarczy zapłata od Ojca, więc zabiega też o zapłatę od ludzi. Taki człowiek nie chce jednak przyjąć do wiadomości, że zapłata od ludzi pozbawia go zapłaty od Ojca.
Nie chodzi przy tym o to, że nigdy nie mamy przyjmować zapłaty ani pochwały lub podziękowania od ludzi. Jezus i Paweł jasno stwierdzają, że robotnik godzien jest swojej zapłaty. Chodzi o to, co jest naszym najwyższym celem i o co przede wszystkim mamy zabiegać. I myślę, że bardzo często zapłata od Ojca obejmuje między innymi ludzką wdzięczność. Chrześcijańska pobożność nie gardzi ludzką wdzięcznością ani prawdziwym uznaniem. Nie powinniśmy jej jednak mylić z grecką nauką o cnotach, w myśl której mamy czynić dobro dla samego dobra, nie oczekując niczego w zamian, nawet satysfakcji. Dobro nie jest bowiem jakąś abstrakcyjną wielkością, a cnota nie jest tylko bezcielesną ideą. Dobroć to Bóg, a cnota to Chrystus. Mamy więc czynić dobro na chwałę Boga, a cnotliwe życie to naśladowanie Chrystusa. Jaka więc nagroda czeka na czyniących dobro? Królestwo Boże, czyli sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym (Rz 14,17).
Niektóre grzechy są oczywiste: morderstwo, cudzołóstwo, fałszywe oskarżenia, kradzież. Mówił o nich Mojżesz w Dekalogu. W Kazaniu na Górze Jezus wskazał na postawę, która sprzyja tym grzechom. Teraz w szóstym rozdziale Jezus mówi o grzechach, które wiążą się z dobrymi uczynkami. Jałmużna, post i modlitwa to dobre rzeczy i nie przeciw nim Jezus występuje – nazywa je sprawiedliwością. Zwraca jednak uwagę na to, że dobre uczynki mogą się wiązać ze złymi motywami lub służyć złym celom. Konkretnie Jezus mówi o czynieniu dobra dla własnej chwały.
Tu znów wracamy do tabel aleksandryjskich, które mogą sprawiać wrażenie, że to mu sami otaczamy się chwałą, tak jak my sami poznajemy świat i definiujemy dobro. Tak jednak nie jest. Otoczyć nas chwałą może tylko Bóg, a czyni to wtedy, kiedy my czynimy dobro na Jego chwałę w odpowiedzi na Jego Słowo. Nikt z nas nie jest „self-made man”, czyli człowiekiem, który sam siebie wykreował i sam siebie zbawił. Bez innych ludzi nigdy byśmy nie pojawili się na świecie, a bez Boga nadal żylibyśmy w niewoli diabła.
Mówiąc o niewoli diabła, warto przypomnieć Adwokata diabła – film przedstawiający dość dobrą analizę natury próżności. Główna postać, Kevin, jest ambitnym adwokatem, który za wszelką cenę chce wygranej w każdej rozprawie. Diabeł wykorzystuje to i usidla Kevina w zamian za sukces, jaki mu zapewnia. Kevin jest najlepszy, wszyscy go podziwiają i czują przed nim respekt, ale ceną za sławę jest jego dusza. W filmie dość często pojawia się pewien rekwizyt, który od dawna symbolizuje próżność, a mianowicie lustro. Różni ludzie przeglądają się w lustrze i prawią sobie komplementy. A kiedy pod koniec filmu żona Kevina, będąc już w zakładzie psychiatrycznym, nie może dłużej patrzeć w lustro, bo widzi w nim zło, staje obok niej starsza kobieta, zaczyna głaskać ją po głowie, mówi, jak jest piękna i zachęca, by jeszcze raz spojrzała w zwierciadło. Wtedy Mary Ann rozbija lustro i podcina sobie gardło kawałkiem szkła.
Chyba wybór lustra na symbol próżności jest jak najbardziej uzasadniony. Po co patrzymy w lustro? By przyjrzeć się sobie, by zobaczyć, jak inni będą nas postrzegać, by tak zmienić swój wygląd, aby ludzie widzieli w nas ludzi godnych podziwu, a co najmniej uwagi. Kiedy jednak już się ogolimy, namaścimy, uczeszemy i poprawimy krawat, wciąż będziemy widzieć tylko siebie i swoje dzieło. I podobnie traktujemy innych ludzi – jak lustro. Nie wychodzimy do nich po to, by współpracować dla wspólnego dobra, by wymienić z nimi owoce pracy lub by dowiedzieć się prawdy o sobie. Wychodzimy do ludzi raczej po to, by usłyszeć, jak jesteśmy dobrzy, mądrzy, piękni.
W podobny sposób możemy traktować religię i dobre uczynki – jak lustro, która powie nam, że nie ma piękniejszej na świecie. Mamy tu do czynienia z tym, o czym pisał ap. Paweł do Rzymian: „Zamienili chwałę niezniszczalnego Boga na podobizny i obrazy śmiertelnego” (Rz 1,23). Umieściwszy „ja” na szczycie tabel odmian czasowników, już nie wsłuchujemy się w głos Boga, by prawdziwie poznać samych siebie i nauczyć się żyć. Zagłuszyliśmy boskie „ty”, bo nie mówiło nam tego, co nie chcieliśmy usłyszeć. Biblię zamieniliśmy w lustro służące nam do podziwiania samych siebie lub do użalania się nad sobą. Dlatego też tak bardzo lubimy religię opartą na oglądaniu, w której obrazy pełnią rolę przewodników do Boga – obrazy, które będąc ludzkim dziełem, funkcjonują jak lustro, w którym zaledwie widzimy własny obraz, a które nie mówią nam nic nowego o Bogu i o nas.
W Adwokacie diabła Al Pacino, grający diabła, w którymś momencie stwierdza: „Zaspakajam żądze człowieka i nigdy go nie sądzę. Nie odrzuciłem go mimo wyraźnych niedoskonałości. Jestem jego fanem! I być może ostatnim humanistą”. Dlatego lubimy diabła, bo do niczego nas nie zmusza, nawet nie upiera się, byśmy porzucili Kościół. Wystarczy mu, że nasza niepohamowana próżność, ta małostkowa ambicja zaimponowania bliźnim, rozbudzona przez pochlebstwo sprawi, że odrzucimy chwałę Boga i otoczymy się własną chwałą. „Próżność jest moim ulubionym grzechem”, pointuje diabeł.
