Wpisy

Marek 1,14-20

On 25/01/2012, in Biblia - NT - Marek, Kazania, by BJ
0

Kiedy Bóg stworzył świat, oczekiwał, że człowiek napełni go chwałą Stwórcy na podobieństwo Ogrodu Eden, że doprowadzi go do dojrzałości, przemieniając go z chwały w chwałę według wzoru, jaki Bóg ukazał mu w tygodniu stworzenia. Człowiek wypełniając plany Boga, osiągnąłby szczęście, realizując swoje powołanie i stałby się źródłem błogosławieństwa dla reszty stworzenia. Jednak człowiek szybko odrzucił plany Boga. I nie chodzi o to, że zamiast raju chciał stworzyć piekło na ziemi. Chodzi o to, że ucieknąwszy od Boga, odciął się od źródła prawdziwej chwały, mądrości i życia. Świat – królestwo niegodziwego człowieka – pogrążył się w niegodziwości i zbrodni i zginął w wodach Potopu.

Marek nie ukrywa, że głównym wątkiem jego Ewangelii jest Królestwo Boże. Ukazuje Chrystusa przede wszystkim jako króla i właśnie pojawienie się tego króla – dobrego, sprawiedliwego i potężnego – oznacza ni mniej, ni więcej, ale nadejście Królestwa, które zdaniem Marka jest właśnie Ewangelią, czyli Radosną Nowiną. Królestwo rośnie i rozprzestrzenia się przez głoszenie Ewangelii, a z drugiej strony Bóg rządzi swym Królestwem przy pomocy Ewangelii. Bramą Królestwa jest zdaniem ewangelisty nawrócenie, upamiętanie. Z kolei sposobem życia w Królestwie jest lojalność królowi.

Jeśli mówimy o upamiętaniu, to chodzi przede wszystkim o to, co Paweł nazywa „odnowieniem umysłu”: „Tak więc mówię i zaklinam na Pana, abyście już więcej nie postępowali, jak poganie postępują w próżności umysłu swego, mający przyćmiony umysł i dalecy od życia z Bogiem przez nieświadomość, która jest w nich z powodu zatwardziałości serca ich” (Ef 4,17-18). Ta próżność lub przyćmienie umysłu bierze się z pychy i niewdzięczności, która każe człowiekowi przypisywać sobie to, co Boskie. To głupie myślenie przejawia się między innymi w fałszywych wyobrażeniach Królestwa Bożego przybierających formy wszelkiego rodzaju utopii zawsze prowadzących do jeszcze większego nieszczęścia niż to, które miały wyplenić.

Lecz ta grzeszna głupota nie jest jedyną rzeczą, z której musimy się nawrócić. Kolejną jest zwątpienie. To zwątpienie dało szybko o sobie znać. Najpierw Piotr zapewnia Jezusa, że krzyż nie jest konieczny, by pokonać szatana. Potem uczniowie przypominają Jezusowi, że dla Niego wszystko porzucili. W końcu Piotr próbując ratować własną skórę, wypiera się wszelkiej znajomości z Jezusem. To typowa reakcja, gdy Królestwo Boże nie nadchodzi tak, jak byśmy tego chcieli. A także gdy zamiast nadchodzącego Królestwa Bożego widzimy wokół siebie panoszenie się zła. Wtedy Królestwo Boże zaczynamy traktować jako co prawda piękne, lecz nieuchwytne marzenie.

Może właśnie dlatego Marek przypomina okoliczności, w jakich Jezus zaczął głosić Królestwo Boże, a stało się to, gdy Herod pojmał Jana Chrzciciela, którego następnie stracił w znanych okolicznościach. Nie był to zbyt zachęcający moment dla ogłoszenia wypełnienia czasu i przybliżenia się Królestwa. Jan padł ofiarą nikczemnych ludzi, lecz Jezus ogłasza Dobrą Nowinę. A jednak jak najbardziej wpisuje się to w historię biblijną. Wystarczy wspomnieć Józefa, syna Jakuba, którego bracia znienawidzili i sprzedali w niewolę dlatego, że Józef okazał się zaufanym synem Jakuba i otrzymał funkcję administratora jego majątku. Nie on jeden ściągnął na siebie zawiść bliźnich, gdy okazał się człowiekiem wiernym Bogu. Mimo to Bóg obrócił w dobro zło, które bracia Józefa knuli przeciwko niemu. Bracia Józefa w sposób absolutnie niezamierzony przyczynili się do tego, że Józef został drugą po faraonie osobą w Egipcie i dał zbawienie nie tylko światu, ale i swoim braciom. Coś podobnego spotka Jezusa – także Jego bracia wydadzą do oprawcom, lecz Jego męka i krzyż przyniosą światu wyzwolenie z kajdan diabelskich.

Okoliczności, w jakich Jezus zaczyna głosić poselstwo o Królestwie Bożym, a także sposób, w jaki pokonał szatana, nie są przypadkowe. Mają upewnić uczniów, że siły zła – choć nie należy ich lekceważyć, bo mogą wyrządzić wiele złego – nie mogą powstrzymać nadejścia Królestwa. Uczniowie nie mogą być z jednej strony hurra optymistami lekceważącymi zło, lecz z drugiej strony nie mogą być defetystami niewierzącymi w zwycięstwo, z góry przewidujący porażkę, lecz muszą być przekonani o zwycięstwie Królestwa Bożego w historii.

 

 

Wyspa (2006)

On 13/01/2012, in Film, Recenzje, by BJ
0

Wyspa (2006), reż. Paweł Łungin

Rasputin był chyba najlepiej znanym świętym głupcem (ros. jurodiwyj, co dosłownie oznacza wyrodka i używane było w znaczeniu: degenerat, dziwak; w języku polskim czasami nazywa się ich także świętymi idiotami). Rodzina ostatnich carów Rosji tak bardzo polegała na jego radach, że zdaniem niektórych to on w rzeczywistości kierował losami upadającego imperium. Rasputin należał do długiej linii świętych głupców, a jego wpływ na rodzinę panującą nie był niczym niezwykłym.

Za pierwszego świętego głupca uznaje się Symeona z Emesy, który pewnego razu wpadł na pomysł, by przez kilka dni ciągać za sobą martwego psa. Miał to być znak pokory, wskazujący na to, że Symeon – a także inni ludzie – nie był wart więcej niż zdechłe zwierzę. Zresztą święci głupcy często porównywali się do psów i to zwykle na korzyść tych ostatnich. Tradycja świętych głupców niemal wymarła w Bizancjum w XI wieku, lecz znalazła nowy dom na Rusi, osiągając apogeum w Rosji w wiekach XV-XVII, by popaść w niełaski w czasach Piotra I, który uważał jurodiwych za ludzi chorych umysłowo i zakazał ich praktyk.

Teoretycy świętej głupoty dla uzasadnienia tej praktyki powoływali się na przykład starotestamentowych proroków oraz na słowa apostoła Pawła, który w Pierwszym Liście do Koryntian napisał: „Niechaj nikt samego siebie nie oszukuje; jeśli komuś z was się wydaje, że jest na tym świecie mądry, niech się stanie głupim, aby się stać mądrym” (1Kor 3,18). W ich interpretacji były one wezwaniem do przyjęcia maski głupca, by ukazać zakamuflowaną głupotę lub grzeszność ludzi z otoczenia świętego głupca otoczenia w celu przyprowadzenia ich do Chrystusa. Tyle teoria, praktyka zwykle była odmienna, jak wykazała to Ewa Thompson w pracy pt. Understanding Russia: The Holy Fool in Russian Culture (Zrozumieć Rosję – święty głupiec w kulturze rosyjskiej).

Świętego głupca od wieków można było znaleźć niemal w każdej większej rosyjskiej osadzie. Niektórzy – choć mieli duży wpływ nawet na lokalne władze – snuli się tu i tam nadzy i niemyci. Czasami nosili dziwaczne ubrania. Często ich zachowanie wzbudzało niepokoje społeczne. Mówili w sposób pogmatwany, a ich przepowiedzi interpretowali inni. Jurodiwi występowali przeciwko tradycyjnym, zinstytucjonalizowanym formom życia religijnego i społecznego podszytych ich zdaniem oszustwem i hipokryzją.

Jedni mieli ich za głupców, inni – za świętych, wierząc, że posiadają nadprzyrodzone moce i zdolność jasnowidzenia. Skandaliczne zachowanie świętych głupców rzekomo miało służyć wyższym celom, a zwłaszcza obnażeniu złych postaw i działań innych ludzi oraz ukazaniu marności ziemskich bogactw i piękna oraz wskazaniu na niebiańskie wartości.

Zdaniem Thompson święci głupcy byli z lekka tylko schrystianizowaną formą szamanów, na co wskazywał ich sposób bycia, ubiór, popadanie w natchnioną ekstazę oraz przypisywana im zdolność prorokowania. Cuda dokonywane przez nich niewiele miały wspólnego z cudami opisanymi w Piśmie Świętym, gdzie mają na celu przede wszystkim pomoc bliźniemu. Święci głupcy dokonywali cudów po to, by zwrócić na siebie uwagę lub zastraszyć zwykłych ludzi.

Początkowo uważano ich raczej za pogan niż za chrześcijan, jako że trudno było doszukać się jakichś ewangelicznych elementów w ich życiu. Inaczej niż w przypadku bizantyjskich ascetów rosyjscy święci głupcy zwykle nie zamierzali nikogo nawracać na chrześcijaństwo ani nie zajmowali się dobroczynnością. Z czasem zaczęto interpretować ich zachowanie jako paradoksalną mądrość. Tym sposobem niemoralność świętego głupca stała się paradoksalną cnotliwością, a jego agresja – paradoksalną pokorą. Jak zauważa Thompson, akceptacja radykalnego paradoksu– cenionego o wiele wyżej niż prosty sylogizm – oraz irracjonalizmu jako podstawy światopoglądu stała się to podatnym gruntem dla hegelianizmu i marksizmu w Rosji.

Choć kler prawosławny nie zawsze spoglądał łaskawym okiem na świętych głupców, to – przynajmniej częściowo – sam przyczynił się do ich popularności. Przez wieki poziom nauczania i duszpasterstwa w prawosławiu był tak niski – duchowni odczytywali gotowe homilie i zwykle byli kiepsko wykształceni, a nabożeństwo nie było niczym więcej niż pustym rytuałem – że ludzie szukali porady u świętych głupców, którym kler nie był w stanie rzucić poważnego wyzwania.

Ojciec Anatolij z filmu „Wyspa” jest przedstawiony jako święty głupiec: ma dar jasnowidzenia i uzdrawiania. Ludzie wolą u niego szukać rady i pomocy niż u oficjalnego duchowieństwa, które zdaje się żyć z dala od spraw zwykłego człowieka. Co więcej, jego domostwo i ubiór, a także styl bycia nosi wszelkie znamiona świętego głupca. Jednak nie do końca pasuje do powyższej charakterystyki jurodiwego. Jego działania, choć dziwaczne i prowokacyjne, mają na celu pomoc bliźniemu lub jego pokutę. W rozmowie z młodą kobietą proszącą o błogosławieństwo na aborcję (czy jest to przykład myślenia paradoksalnego? czy na łacińskim Zachodzie ktoś starałby się o takie połączenie ognia z wodą?) ojciec Anatolij – czerpiąc naukę z własnego doświadczenia – próbuje odwieźć ją od próby zabicia nienarodzonego dziecka, wskazując na to, że ściągnie to na kobietę zgryzotę i cierpienia duszy, które rzucą mroczny cień ma całe jej życie. Zamiast wolności i morza nowych możliwości spotka ją niewola zbrukanego sumienia. Podobnie jego trudne relacje z ojcem Jowem w końcu prowadzą do nawrócenia przełożonego, którego wrogość wobec ojca Anatolija podyktowana była Kainową zazdrością o sławę ojca Anatolija, a którą skrzętnie ukrywał za maską służbistości. Ponadto, ojciec Anatolij zna Pismo, modli się jego słowami i czerpie z niego natchnienie, nie jest więc pogańskim szamanem, lecz rzecznikiem Ewangelii.

Zdaje się, że zarówno reżyser, jak i odtwórca roli ojca Anatolija (Piotr Mamonow, frontman kultowego zespołu punkowego Zwuki Mu, który nawrócił się na chrześcijaństwo w wieku lat 45) chcieli naszkicować obraz świętego głupca, który o wiele bardziej pasowałby do bizantyjskiego pierwowzoru niż do jego średniowiecznej rosyjskiej wersji. A może nawet do słów apostoła Pawła o staniu się głupcem dla Chrystusa. Mamonov znany jest z tego, że bez ogródek mówi, co myśli. Gdy w 2006 roku odbierał nagrodę dla najlepszego aktora rosyjskiego, wywołał skandal, lecz nie tyle swoim ubiorem, co słowami: „Myślicie, że Putin rozwiąże problemy Rosji? Sami musimy je rozwiązać”. Mamonov pozwala sobie na taką bezpośredniość, ponieważ – jak mówi – chce uchronić ludzi od popełnienia błędów życiowych, jakich sam się dopuścił. Jego przesłanie jest proste: człowiek jest próżny, a próżność zaćmiewa umysł, przez co ludzie przestają słyszeć siebie nawzajem; że Bóg jest najważniejszy, lecz ludzie tracą z Nim kontakt przez grzech – jedni przez pijaństwo, inni przez zawiść lub oszustwo. Od czasu do czasu wciąż daje koncerty, na których wykonuje stare przeboje Zwuki Mu. Czyni to, jak twierdzi, nie w celach komercyjnych, bo gospodarstwo rolne, na którym żyje, zapewnia mu godziwy byt, lecz po to, by wołać do ludzi z bagna, w które wpadł po pachy, by się w nie nie pchali. Zupełnie jak ojciec Anatolij przestrzegł młodą dziewczynę chcącą dokonać aborcji ze strachu, że mając nieślubne dziecko zostanie starą panną. Ojciec Anatolij wie, bo tego doświadczył, że morderstwo dokonane ze strachu przed śmiercią, jest jak samobójstwo – rabuje człowieka z prawdziwego życia, czyniąc go niewolnikiem poczucia winy za dokonaną zbrodnię.

Ojciec Anatolij nie szuka ukojenia sumienia w wymówkach, zapomnieniu, masce sprawiedliwości. Choć łatwo by mu to przyszło: zabił, bo nie miał innego wyjścia, Niemcy go to tego zmusili, poza tym była to wojna, kiedy ludzie musieli dokonywać trudnych wyborów – między mniejszym i większym złem; zresztą, od tego czasu minęło ponad trzydzieści lat, więc czas uwolnić się od przeszłości i żyć przyszłością; przede wszystkim – mógłby powiedzieć – działa przeze mnie Bóg, jestem cudotwórcą i jasnowidzem, to wyraźny znak łaski. Ojciec Anatolij wie jednak, że dopuścił się strasznego czynu, z którego nie oczyści go ani upływ czasu, ani okoliczności wojny, ani życie w klasztorze lub pokuta odbywana w kotłowni. W tej kwestii liczy tylko na zmiłowanie Boże. Wie, że przed Bogiem żadna maska mu nie pomoże. Jest więc szczery i to zarówno przed Bogiem, jak i przed ludźmi, bo wie, że życia nie można oprzeć na oszustwie. Dlatego – zdawać by się mogło, że chwilami zbyt bezlitośnie – konfrontuje ludzi z ich hipokryzją, by ich od niej uwolnić, co stanowi pierwszy krok do nawrócenia i nieudawanej pobożności. To kolejna cecha różniąca ojca Anatolija od stereotypu świętego głupca – brak myślenia paradoksalnego. Przeciwnie, zawsze wskazuje na zgubne i nieuchronne konsekwencje trwania w stanie hipokryzji. Wyzbycie się jej przynosi człowiekowi wolność i pozwala prawdziwie żyć. Nawet jeśli jest to życie spędzone w kotłowni na dalekiej Północy.

 

Tagged with:
 

Nowe

On 31/12/2011, in Eschatologia, Historia, by BJ
0

Rousas John Rushdoony, fragment “Revolt against Maturity”, Vallecito 1987

Tłumaczył Bogumił Jarmulak

Słowo „nowe” pełni w Biblii ważną rolę. Kryją się za nim dwa greckie słowa: kainos, co znaczy „nowy w formie, jakości lub naturze”, oraz neos, co znaczy „nowy w czasie”. Słowo „nowość” (por. Rz 6,4; 7,6) to greckie kainotes, co znaczy, że „nowość życia” to nowa jakość życia. Słowem częściej występującym w Nowy Testamencie jest kainos.

Wciąż powracającym stwierdzeniem Pisma jest obietnica nowego stworzenia: „Oto ja stworzę nowe niebo i nową ziemię i nie będzie się wspominało rzeczy dawnych, i nie przyjdą one na myśl nikomu” (Iz 65,17; por. 51,16; 66,22; 2Pt 3,13; Obj 21,1). Chrystus zasiadający na tronie mówi: „Oto wszystko nowym czynię”. Bóg w Starym Testamencie obiecał Nowe Przymierze. Również tu użyte jest greckie słowo kainos (por. Hbr 8,8; Obj 21,5) wskazujące na nową naturę lub jakość. Nowe stworzenie, choć zewnętrznie podobne do starego, cechuje się nowym życiem i jakością dzięki zbawczej mocy Boga. Źródłem nowego życia jest Jezus Chrystus, który w Objawieniu 3,14 przedstawił się jako „Amen, świadek wierny i prawdziwy, początek stworzenia Bożego”. Słusznie skomentował te słowa W. Boyd Carpenter:

Początek stworzenia Bożego – ten tytuł naszego Pana nie pojawia się w listach do innych zborów, lecz bardzo przypomina język św. Pawła z Listu do Kolosan (1,15-18). Początek nie oznacza, że Chrystus był pierwszym pośród stworzeń, lecz że był ich źródłem. Przez Niego wszystko zostało stworzone (Jn 1,1-3; Kol 1,15 i 18) – stworzenie zostało zapoczątkowane nie wraz z Nim, lecz przez Niego . Krótko mówiąc, słowo „początek” (podobnie jak słowo „wierność”) należy postrzegać w stronie czynnej. Chrystus posiada zarówno moc stwórczą (Dz 3,14), jak i pierwszeństwo nad wszelkim stworzeniem. Nieprzypadkowo ten tytuł Chrystusa pojawił się w liście do kościoła w Laodycei, który był zagrożony pokusą kultu pomniejszych bóstw (por. Kol 1,16; 2,15, gdzie pojawia się słowo „początek” w liczbie mnogiej, które tłumaczone jest jako „władze”). [W. B. Carpenter, „Revelation”, w: Ellicott, red., Commentary on the Whole Bible, VIII, s. 549].

Św. Jan stwierdza wprost: „Wszystko przez nie [Słowo] powstało, a bez niego nic nie powstało, co powstało” (Jn 1,3). Bóg Syn, a właściwie cała Trójca, był zaangażowany w dzieło stworzenia, tak że w oderwaniu od Niego stworzenie nie jest w stanie istnieć, a człowiek nie może go poznać. Tym bardziej po Upadku niemożliwe jest nowe stworzenie w oderwaniu od Tego, który jest źródłem całego stworzenia. Wszystkie rzeczy powstały z niczego dzięki suwerennemu słowu Boga i tylko dzięki temu słowu mogą dostąpić odrodzenia i odnowienia.

Kiedy mówimy o zbawieniu, uzdrowieniu lub zwycięstwie, to mamy na myśli właśnie odrodzenie całego stworzenia przez Boga Zbawiciela. Takie jest też znaczenie imienia Jezus – Bóg Zbawiciel, „albowiem On zbawi lud swój od grzechów jego” (Mt 1,21). Ponieważ grzech niszczy i uśmierca stworzenie, dlatego Bóg niszcząc grzech i śmierć, ratuje i odnawia swój lud. Początkiem i znakiem nowych narodzin stworzenia – nowych w naturze, jakości i życiu – były narodziny dziecka, a dokładnie – wcielenie Syna Bożego: „To będzie dla was znakiem: Znajdziecie niemowlątko owinięte w pieluszki i położone w żłobie” (Łk 2,12).

Znak w Nowym Testamencie „to zewnętrzny przejaw wewnętrznego lub ukrytego celu, zwykle związanego z planem Bożym”. Symeon nazwał Jezusa „znakiem, któremu się sprzeciwiać będą” (Łk 2,34). Jezus gromił tych, którzy domagali się cudownego znaku z nieba (por. Mt 12,39; Mk 8,12; Łk 11,29; 1Kor 1,22), ponieważ wszystko, czym był i co czynił, było znakiem dla tych, którzy byli gotowi go przyjąć.

Jako znak zbawczego działania Boga Jezus postrzegał raczej swoją osobę niż czyny. Sam Syn Boży został dany temu pokoleniu jako znak bliskości zbawienia. Może właśnie z tego powodu Jezus przyjął tytuł Syna Człowieczego. Ezechiel, podobnie jak inni prorocy (por. Iz 8,18), uważał się za znak dany jego pokoleniu (por. Ez 12,6; 24,24), posłany, by wypowiedzieć słowa Boga, „czy będą słuchać, czy nie” (Ez 3,4 i 11). Zatem Syn Człowieczy, Jezus, przyszedł, by zwiastować słowo Boże i być znakiem dla nieposłusznego ludu (por. Ez 3,27 i Mk 4,9). [A. Richardson, „Sign in the NT”, w: The Interpreter’s Dictionary of the Bible, R-Z, New York 1962, s. 346].

Jezus Chrystus ogłosił, że jest znakiem. Podobnie aniołowie przy Jego narodzinach ogłosili, że Jezus ma być znakiem czegoś nowego – „radości wielkiej, która będzie udziałem wszystkiego ludu” (Łk 2,10). Przesłanie zastępów anielskich brzmiało: „Chwała na wysokościach Bogu, a na ziemi pokój ludziom, w których ma upodobanie” (Łk 2,14). Lenski tłumaczy to następująco: „Chwała na wysokościach Bogu, na ziemi pokój, a ludziom – pomyślność”. Słowo tłumaczone jako „dobra wola” lub „upodobanie” to eudokia (por. Ef 1,5 i 9; Flp 1,15; 2,13; Rz 10,1; 2Tes 1,11; Mt 11,26; Łk 10,21). Eudokia lub dobra wola nie oznacza nowego porządku rzeczy, w którym ludzie okazują dobrą wolę sobie nawzajem. Oznacza raczej to, że istotą nowego świata jest dobra wola Boga okazana ludziom w narodzinach Jezusa Chrystusa. Św. Paweł odnosi się do tego faktu w Liście do Efezjan 2,14, kiedy stwierdza, że „On jest pokojem naszym, On sprawił, że z dwojga jedność powstała, i zburzył w ciele swoim stojącą pośrodku przegrodę z muru nieprzyjaźni”.

Zatem Jezus Chrystus, początek, czyli źródło stworzenia, jest też odnowicielem stworzenia, który udziela mu nowość życia i natury przez oczyszczenie go z grzechu i śmierci oraz przez odrodzenie go swoją mocą.

W wymiarze praktycznym oznacza to, że psychologia odrodzenia prowadzi człowieka do akceptacji tego, co nowe dzięki Chrystusowi. Bardzo łatwo przychodzi nam ubolewać nad przeszłością, co sprawia, że jesteśmy przez nią uwięzieni. W XX wieku wielu ludzi od stuleci zakorzenionych w jednym miejscu zostało wyrwanych i przesiedlonych w obce strony. Ludzie, którzy z miłości poświęcili swoje życia dla Kościoła, z przerażeniem odkryli, że Kościół stał się parodią własnej misji i powołania. Bezwzględny marsz humanizmu podeptał owoce pracy wielu pokoleń i wyśmiał płaczących w bólu. Zniszczenie nazwano cnotą, a nowinkę – nowością.

Wciąż aktualne są słowa Pana: „Niech umarli grzebią umarłych swoich, lecz ty idź i głoś Królestwo Boże” (Łk 9,60). To, co przemija, jest martwe i często musi przeminąć. Nie powinniśmy zawracać i wiązać się z przeszłością ani nosić po niej żałobę. Jesteśmy ludem Jezusa Chrystusa, który wszystko czyni nowym, i mamy iść do przodu z przeświadczeniem, że to, co prawdziwie nowe, pochodzi tylko z ręki Boga. Nowość życia, nowa jakość i natura, pochodzą tylko od Jezusa Chrystusa i z żadnego innego źródła. Zatem istotą nowego życia nie jest ani chowanie zmarłych, ani opłakiwanie przeszłości, ani tęskne spacerowanie pośród ruin, lecz rozpoznanie tego, że Jezus Chrystus jest „alfą i omegą, początkiem i końcem (…) Tym, który jest, i który był, i który ma przyjść, Wszechmogącym” (Obj 1,8). Przyszłość pochodzi tylko i wyłącznie z dłoni Boga, który rozpocząwszy dzieło odnowienia wszechrzeczy, okazuje i będzie okazywał ludziom eudokię, dobrą wolę i przychylność . Z tego względu siły ciemnością zostaną poruszone i zniszczone, a Królestwo Boga będzie głoszone i szerzone, by w pełni zamanifestować moc Bożą.

Stary człowiek w nas, człowiek upadły, lgnie do przeszłości i jest gotów na każdy kompromis, byleby osiągnąć choćby chwilowy pokój ducha, by nikt nie mącił mu jego wspomnień dnia wczorajszego, by dzień jutrzejszy nie upomniał się o niego. Lecz nowy człowiek nie dopuści do tego i nie zadowoli się zwycięstwami z przeszłości. Nie możemy więc odbierać rzeczy w sposób osobisty, jak nas dotykają, lecz musimy postrzegać je w kontekście planów Boga. Próba ucieczki od problemów jest próbą ucieczki od Boga, ponieważ istotą nowego życia jest konfrontacja z każdą przeszkodą, która staje na drodze rządom Chrystusa. Chrystus jest „znakiem, któremu się sprzeciwiać będą” (Łk 2,34), ponieważ Jego przyjście stanowi zagrożenie dla starego świata i jego roszczeń. Jest kamieniem obrazy dla wszystkich, którzy walczą z Bogiem. „Każdy, kto by upadł na ten kamień, roztrzaska się, a na kogo by on upadł, zmiażdży go” (Łk 20,18).

Kurczowe chwytanie się przeszłości równa się śmierci. Czas nie jest wiecznością, a teraźniejszość musi stać się przeszłością, by stworzyć miejsce dla przyszłości. To, co przemija, musi ustąpić temu, co się rozwija. Chrześcijanin jest pielgrzymem, który nie szuka niezmienności w czasie ani nowości w nowinkach. Nowość życia i kierunek marszu poprzez dzieje odnajduje w Chrystusie, swoim Odkupicielu, który stanowi punkt odniesienia dla jego wiary i postępów w czasie.

Czasami słyszy się zarzut kierowany pod adresem tych, którzy zrywają z ustanowionym porządkiem, że tak naprawdę nigdy go nie kochali. Jednak to właśnie ci, którzy najmocniej kochają Kościół, są tymi, którzy najbardziej są gotowi zerwać z nim w imię prawdziwej wiary, kiedy Kościół jej się wyrzeka. Ludzie, którzy zostawili swoje domy w Anglii, by udać się do Ameryki, byli wierniejsi spuściźnie, którą opuścili, niż ci, którzy zostali, i dlatego nazwali swą nową ojczyznę Nową Anglią. To, co dla pozostałych, było całkowicie obojętnej, dla pielgrzymów było sprawą wiary i życia, tak że kultura Anglii i Szkocji wkrótce zaczęła lepiej i szybciej rozwijać się w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych itd. Rola, jaką odegrały kolonie w ożywieniu krajów macierzystych, do tej pory nie została w pełni doceniona.

W każdej epoce przyszłość należy do ludzi, którzy wchodzą w nią z Chrystusem. Niezależnie od tego, jak ważne są technika i ekonomia, to nie one determinują przyszłość. Są one raczej produktami niż przyczynami. Przyczyny spoczywają w umyśle i w wierze człowieka. Gdyby technika i ekonomia determinowały przyszłość, to wiek dwudziesty byłby wiekiem najszczęśliwszym i najbardziej pokojowym z wszystkich dotychczasowych. Tak jednak nie jest. Zamiast tego znajdujemy się o krok od zbiorowego samobójstwa. Kto porzuca Chrystusa, ten wypiera się przyszłości. Brak mu nie tylko nowości życia i klucza do przyszłości, ale też czuje się obco w teraźniejszości i żyje w stanie ślepej rewolty. Ludzie, którzy nie potrafią tworzyć przyszłości, niszczą nawet swą teraźniejszość i lekceważą swoją przeszłość. Zastany porządek rzeczy można zniszczyć albo przez rewolucję, albo przez odmowę dojrzewania i odrzucenie warunków, na których możliwe są odrodzenie i odnowa.

W większości współczesnych kościołów, a w zasadzie w niemal wszystkich, złymi ludźmi są ci, którzy próbują wykorzystać Kościół jako narzędzie rewolucji, a nie Chrystusa, oraz ci, którzy nie mają nic przeciwko temu, by Kościół pozostał dalekim od wiary i Boga klubem towarzyskim gromadzącym ludzi zabiegających o zewnętrzną formę pobożności pozbawioną jej mocy (por. 2Tm 3,5). Ludzie pobożni odwracają się od takich kościołów i budują kościoły w oderwaniu od nich, jako że Kościół to nie budynek, organizacja, hierarchia lub tradycja, ale żywe i wzrastające ciało Chrystusa, które w każdym pokoleniu rozrywa stare bukłaki i domaga się nowej formy dla nowych czasów.

Pismo Święte zawiera intrygujący przykład użycia słowa „nowy”, dzięki któremu Duch Święty prowadzi nas do lepszego zrozumienia jego znaczenia. W Ewangelii Mateusza 9,17 wino określone jest jako nowe, neos, podczas gdy bukłaki są kainous. To samo znajdujemy w Ewangelii Łukasza 5,37-38. Wino, czyli życie wiernych, zawsze jest nowe w czasie, ponieważ każde pokolenie na własne oczy widzi działanie odradzającej mocy Chrystusa. Instytucjonalne zasobniki, w których zgromadzone jest to nowe życie, są te same: Kościół, państwo, szkoła, rodzina itd., lecz albo stają się nowe w swej naturze i jakości, albo rozrywa je siła nowego życia. Prawdziwymi chrześcijanami są ci, którzy w każdym pokoleniu rozrywają stare bukłaki przeszłości, ponieważ są życiem przyszłości i wymagają odnowionych form przyszłości. Biblia nazywa ich „nowym winem” (Mt 9,17; Mk 2,22; Łk 5,37-38), neos, czyli winem z najnowszego rocznika. Jesteśmy nowi w czasie nie tylko dlatego, że urodziliśmy się w obecnym pokoleniu, lecz przede wszystkim dlatego, że dzięki odradzającej mocy Chrystusa zostaliśmy uwolnieni ze świata grzechu i śmierci, od karmicznej konieczności, i uczynieni siłą i mocą przyszłości.

Choć chrześcijanin szanuje przeszłość, to jednak nie może zbyt silnie wiązać się z nią. Zbyt często, przysłuchując się naszym rozmowom, stwierdzamy, że ich głównym tematem są sprawy wczorajsze – żyjemy przeszłością. Opłakujemy ją, roztrząsamy ją, ciągle na nowo odgrzewamy, a tym samym napełniamy teraźniejszość smutkiem i wykrzywiamy ją, zaniedbując przy tym przyszłość. Problemy dnia wczorajszego i obecnego są jak najbardziej realne, a w upadłym świecie nie sposób od nich uciec. Jednak świadectwem tego, jak dojrzałe jest nasze chrześcijaństwo, jest to, co czynimy w odpowiedzi na zapewnienie Chrystusa: „Oto wszystko nowym czynię”. Czy śmiało i ufnie pracujemy w celu realizacji woli Bożej w naszym życiu, czy też bez końca trapimy się tym, kto i co powiedział wczoraj i dzisiaj? Czy całe nasze życie to jedynie reagowanie na to, co inni powiedzieli lub zrobili, czy też raczej aktywne uczestnictwo w chrystusowym dziele odnowienia wszechrzeczy? Czy bardziej przejmujemy się grzechami i niedociągnięciami bliźnich, czy też raczej koncentrujemy się na zadaniu budowania z myślą o przyszłości?

 

 

The Hurt Locker opowiada o Williamie Jamesie (Jeremy Renner), nowym saperze przydzielonym do jednostki składającej się oprócz niego z JT Sanborna (Anthony Mackie) i Owena Eldridge’a (Brian Geraghty). Ich jednostka zajmuje się rozbrajaniem wszelkiego rodzaju bomb, zwykle domowej roboty, w Iraku. Często pracują pod wielkim napięciem i to nie tylko ze względu na sam charakter ich służby, ale także ze względu na to, że w powojennym Iraku trudno odróżnić przyjaciela od wroga. Film ukazuje ostatni miesiąc spędzony przez nich w Iraku przed powrotem do domu. Kiedy jednak William James wraca do domu, okazuje się, że nie jest w stanie odnaleźć się w cywilnej rzeczywistości i niestety nie pomaga mu w tym jego (była) żona.

Na pierwszy rzut oka to kolejny film o ludziach, którymi zawładnęła wojna. Zatem – jak to się dzisiaj mówi – film antywojenny. Już na samym początku widzimy cytat mówiący, że „wojna to narkotyk”. I rzeczywiście wydaje się, że William James tak bardzo uzależnił się od wojny i adrenaliny, że nie może bez nich żyć. I być może taki był zamiar reżysera – ukazać człowieka uzależnionego od wojny jak od narkotyków. Ukazać niszczycielski charakter wojny także w wymiarze osobistym.

To jednak nie wszystko, co można o The Hurt Locker powiedzieć. Warto doszukać się w nim drugiego dna i odnieść to, o czym opowiada, do innych sytuacji, w których widzimy ludzi pochłoniętych przez to, co robią, tak bardzo, że zdają się żyć w innym świecie. William James nie jest bowiem tylko człowiekiem pochłoniętym przez wojnę, lecz przede wszystkim jest wybitnym specjalistą w swej dziedzinie. Jest też całkowicie oddany swej pracy, a w zasadzie powinniśmy powiedzieć -swemu powołaniu. James traktuje rozbrajanie bomb jak dobrą zabawę, lecz czyni to z najwyższą kompetencją i często w niekonwencjonalny sposób, czym denerwuje innych. (Przy rozbrajaniu jednej z bomb zdejmuje kombinezon ochronny, który najwyraźniej przeszkadza mu w pracy, i stwierdza, że jak ma umrzeć, to woli umrzeć wygodnie, czym jednak nie okazuje pogardy dla życia, lecz raczej daje wyraz trzeźwej i rzeczowej oceny sytuacji, choć przy pomocy czarnego humoru).

Zdaje się, że to właśnie jego profesjonalizm i pasja sprawiają, że ludzie go nie rozumieją i uważają za szaleńca. Zwłaszcza że James nie wygląda jak typowy filmowy bohater. Bigelow podkreśla to przez zestawienie Jamesa z jego poprzednikiem w jednostce, Mattem Thompsonem granym przez o wiele bardziej znajomą twarz Guya Pearce’a. Kolejną znaną postacią, która pojawia się tylko epizodycznie, jest Ralph Fiennes, który oczywiście robi wielkie wrażenie na widzach nie tylko swoją postawą, ale i brytyjskim akcentem, lecz który szybko ginie i znika ze sceny. James dopiero po czasie (czytaj: wielu rozbrojonych bombach) zdobywa uznanie i zaufanie Sanborna i Eldridge’a. Jednak inny sądzą, że nie potrafi wyznaczyć granicy między pracą a życiem osobistym. Jedno miesza mu się z drugim, a gdy przychodzi wybrać między jednym a drugim, wybiera pracę. Jest więc człowiekiem, którego tożsamość jest nie tylko nierozerwalnie związana z powołaniem, ale i jest przez nią praktycznie w całości zdefiniowana.

Pozostaje pytanie, czy to dobrze, czy źle. Może źle dla życia osobistego Jamesa, lecz na pewno bardzo dobrze dla tych wszystkich ludzi, którym uratował życie dzięki swej kompetencji i poświęceniu. Eldridge w którymś momencie stwierdza, że Jamesowi nie układa się zbyt dobrze w relacjach z ludźmi, ale za to jest dobrym żołnierzem, co tak naprawdę znaczy – wybitnym żołnierzem. Choć trzeba zaznaczyć, że później Eldridge zmienia zdanie o Jamesie, kiedy – jak sądzi – z jego winy otrzymuje poważną ranę.

Eldridge to porządny facet, który chyba jednak nie powinien znaleźć się na wojnie. To wyraźnie nie jest jego powołanie i czuje się na niej zagubiony, więc ciągle potrzebuje „pasterza”, który pokierowałby nim. Pewnie w innej sytuacji i żywiole odnalazłby się o wiele lepiej. Przez moment widzimy, z jaką uwagą i znajomością rzeczy dba o Hummera używanego przez jego jednostkę, przez co możemy się domyślić, że zamiast na wojnie powinien znaleźć się z warsztacie, gdzie też zwykle brakuje kompetentnych i uczciwych mechaników. Jednak nawet na wojnie stara się możliwie najlepiej wywiązywać z obowiązków. Sanborn z kolei to urodzony żołnierz dobrze wykonujący swoje obowiązki. Jednak nawet na jego tle James wygląda na człowieka z innej planety. Jest nie tylko nad wyraz kompetentny, ale jest wręcz wirtuozem w swym powołaniu, bomby rozbraja jak artysta i choćby dla tych scen warto obejrzeć The Hurt Lockera. Myślę, że w tym właśnie kryje się urok tego filmu – w podejściu Jamesa do tego, co robi, a robi to z głową i z sercem. To czyni jego historię podobną do historii choćby Van Gogha – jeszcze jednego geniusza, który spotkał się z niezrozumieniem otoczenia. Nawet była żona Jamesa, która po rozwodzie wciąż żyje na jego koszt, nie jest w ogóle zainteresowana jego pracą. Kiedy James wraca na urlop do domu i opowiada o wojennych doświadczeniach, w odpowiedzi słyszy: Czy mógłbyś obrać marchewkę? Nota bene, aktorka grająca żonę Jamesa to kolejna znana twarz, która pojawia się w The Hurt Locker tylko na chwilę – Evangeline Lilly grająca postać Kate Austen w Zagubionych.

Pod koniec filmu trudno powiedzieć, o co chodzi z tymi narkotykami. Czy narkotykiem dla Jamesa jest sama wojna? Adrenalina, której przypływ czuje za każdym razem, gdy ryzykuje życie? A może narkotykiem jest satysfakcja z dobrze wykonanego zdania, którego mało kto w ogóle by się podjął, podobnie jak ma to miejsce w przypadku osób, które wspięły się na niezdobyty szczyt górski? Bigelow, chcąc lub nie, od czasu do czasu rzuca światło na motywacje Jamesa, którą jest raczej ratowanie ludzi, a nie podwyższony poziom adrenaliny. Adrenalina jest bonusem, a nie celem samym w sobie. Widać to choćby na przykładzie relacji Jamesa z chłopcem sprzedającym nielegalne DVD lub w scenie, w której James uświadamia sobie, że nie jest w stanie pomóc człowiekowi przykutemu do bomby zegarowej. W obu przypadkach James nie podejmuje ryzyka dla samego ryzyka, lecz w wyższym celu, a jednocześnie uświadamia sobie granice swoich możliwości.

Jeśli więc połączymy te elementy osobowości  Jamesa – wybitna, lecz niezrozumiana jednostka, ryzykująca życie dla wyższych celów, a dokładnie w celu ratowania niewinnych ofiar – to otrzymamy obraz bohatera romantycznego, z tym że nie w wydaniu Goethego lub Byrona, lecz raczej Mickiewicza lub Słowackiego. James bardziej przypomina Konrada lub Kordiana niż Giaura lub Wertera.

Może na tym polega tajemnica wyobcowania Jamesa? W czasach, kiedy obowiązującą filozofią jest egalitaryzm, jednostka wybitna, bohater romantyczny, postrzegany jest jako źródło zagrożenia dla ustalonego porządku rzeczy, przez co społeczeństwo próbuje ją oswoić, a kiedy to się nie da – wyeliminować. Paradoks polega na tym, że nawet najbardziej egalitarne społeczeństwo potrzebuje jednostek wybitnych, by przetrwać i się rozwijać. Bez „szalonego” Jamesa, wojna domowa w Iraku pochłonęłaby o wiele więcej ofiar. Niestety, społeczeństwa egalitarystyczne jeśli już obierają sobie celebrytów, to są to zwykle ludzie o miłej aparycji – wybór podyktowany jest względami estetycznymi raczej niż merytorycznymi. James nie jest jednak człowiekiem, który łatwo daje się polubić i nie jest zainteresowany szukaniem popularności. Jego nieuświadomiona przez większość społeczeństwa wartość wynika z powagi z jaką traktuje swoje powołania oraz z jego kompetencji. Inni – świadomie lub nie – korzystają z owoców jego pracy, lecz nie koniecznie obdarzają sympatią samego Jamesa.  Wyobcowanie i niepopularność jest ceną, jaką płaci za profesjonalizm. Adrenalina stanowi substytut uznania i wdzięczności, które powinno było okazać mu otoczenie.

 

Jak czytać Biblię, cz. 6

On 06/06/2011, in Hermeneutyka, by BJ
0

Biblia opowiada pewną historię, o czym musimy pamiętać, by zrozumieć to, co w niej znajdujemy. Musimy mieć ogólne pojęcie o historii opowiadanej przez Biblię, by lepiej pojąć jej szczegóły – poszczególne historie w kontekście historii ogólnej. Jeśli potraktujemy Biblię jako historię dochodzenia ludzkości do dojrzałości w Chrystusie, to znajdziemy w niej o wiele więcej rzeczy, niż jeśli potraktujemy ją tylko jako historię zbawienia.

I oczywiście początek biblijnej historii jest bardzo ważny dla rozwoju opowiadanej przez nią historii. Ukazuje punkt wyjścia – mówi, skąd przyszliśmy, ale też zawiera w sobie pewne wskazówki dotyczące tego, do czego zmierzamy.

Zobaczmy, co mówią pierwsze dwa wersety Pisma: „Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię. A ziemia była pustkowiem i chaosem (bezładem, BT); ciemność była nad otchłanią, a Duch Boży unosił się nad powierzchnią wód” (BW). Intrygujące jest to, że Bóg postanowił stworzyć świat nie od razu w jego pełnej, doskonałej formie, lecz rozpoczął pracę od stworzenia ziemi, która była bezładnym i pogrążonym w ciemności pustkowiem. Dopiero później rozpoczął pracę nad tym pierwotnym materiałem, przekształcając go z chwały w chwałę.

Druga ważna obserwacja, to obecność Ducha, który od samego początku towarzyszy stworzeniu i porusza się wraz ze stworzeniem, by doprowadzić je do pełni dojrzałości. Duch jest więc tym, który otacza chwałą tudzież prowadzi do chwały.

Bóg najpierw napełnia świat światłem, potem porządkuje świat, wprowadzając różnego rodzaju podziały, a także napełnia świat nowymi rzeczami i stworzeniami. Każdego dnia wieczorem Bóg stwierdza, że to, co uczynił, jest dobre, ale już rano następnego dnia znów przystępuje do pracy i to, co jest dobre, według Jego własnego osądu, zamienia w coś jeszcze lepszego. Ciekawe jest to, że pomiędzy każdym z kolejnych dni następuje noc, kiedy cały świat pogrąża się w ciemności.

Te pierwsze wersety Pisma ukazują podstawowy sposób Bożego działania w świecie, co jest o tyle ważne, że nie tylko pozwala nam zrozumieć sposób Bożego działania w naszym życiu, ale też informuje nas, jak my mamy postępować jako osoby stworzone na obraz Boga, na którego podobieństwo mamy wzrastać.

Szóstego dnia Bóg stworzył Adama, lecz potem stwierdził, że czegoś mu brakuje, więc także jego pogrążył w mroku głębokiego snu, z którego wyłoniła się Ewa. Oczywiście, Adam następnie zgrzeszył, co skomplikowało sprawy, jednak nie zmieniło to podstawowego planu Boga dla świata. Droga do dojrzałości będzie teraz trudniejsza i dłuższa, lecz wciąż będzie to droga do dojrzałości. Zatem historia zbawienia tudzież odkupienia jest bardzo ważnym i nieodzownym elementem historii dojrzewania, niemniej jednak także jej elementy są podporządkowane tej nadrzędnej historii, jaką jest historia dojrzewania. Odkupienie nie jest celem ostatecznym, lecz jest pewnym etapem na drodze do dojrzałości. Z drugiej strony, oznacza to, że w historii dojrzewania nie możemy zignorować historii odkupienia, czyli krótko mówiąc – grzechu.

3. Księga Mojżeszowa (Kapłańska) mówi o dwóch podstawowych kategoriach grzechu. W 4. rozdziale czytamy: „Przemów do synów izraelskich tymi słowy: Jeżeli ktoś nieświadomie (przez nieuwagę, BT) zgrzeszy przeciwko jakiemukolwiek z przykazań Pańskich i popełni to, czego nie wolno, a więc wykroczy przeciwko jednemu z nich”, to złoży ofiarę za swój grzech. Mowa tu o grzechu nie popełnionym z premedytacją, o grzechu popełnionym przez nieuwagę, zaniedbanie, zbłądzenie lub zwiedzenie. W ofierze za taki grzech można było złożyć różnego rodzaju zwierzęta, które Mojżesz wymienia, lub nawet garść mąki. Nie wolno jednak było złożyć w ofierze za tego typu grzech baranka. Innego rodzaju grzechem jest świadome przekroczenie Bożego przykazania, czyli przestępstwo z premedytacją. Czytamy o nim począwszy od 14. wersetu 5. rozdziału. By lepiej zrozumieć różnicę między oboma rodzajami grzechu, warto pamiętać, że ten drugi rodzaj stanowi wykroczenie przeciwko lub zamach na święte rzeczy w domu Bożym. Nikt nie wkrada się do cudzego domu i nie rabuje go przez przypadek, niechcący, lecz zawsze czyni to z premedytacją. Taki grzech jest świadomym wystąpieniem, buntem  przeciwko Bogu.

Człowiek ma żyć blisko Boga i wtedy jest szczęśliwy. Może jednak oddalić się od Boga, pobłądzić na swoich ścieżkach i znaleźć się w krainie śmierci. Śmierć ta zdefiniowana jest w Biblii jako nieczystość. (Dlatego np. trędowaty stawał się nieczysty, a więc naznaczony śmiercią i musiał zamieszkać z dala od obozu ludu Bożego, a więc i z dala od Boga, w symbolicznej krainie śmierci). A wtedy ofiara za grzech sprowadzała go z powrotem do Boga.

Przestępstwa przeciwko Bogu działają inaczej. Nie tyle oddalają nas od Boga, co raczej są zamachem na Boga, zamachem na Jego świętość i władzę. Takiego grzechu dopuścił się Adam w Ogrodzie. Z kolei Ewa dopuściła się pierwszego rodzaju grzechu – została zwiedzona. Gdy człowiek dopuści się przestępstwa przeciwko Bogu, grzechu z podniesioną ręką, jak nazywa go Biblia, wtedy może złożyć w ofierze tylko jeden rodzaj zwierzęcia ofiarnego, a mianowicie baranka. Lub odpowiednią kwotę pieniędzy. Bóg od początku stwierdził, że krew żadnego zwierzęcia nie jest w stanie zakryć grzechu. To dlatego Jezus nazwany jest barankiem Bożym, który gładzi grzech świata. Zmazawszy największy grzech, bunt przeciwko Bogu, zmazał też wszystkie inne grzechy.

By zrozumieć Stary Testament musimy pamiętać przynajmniej o podstawach systemu ofiarniczego i o tym podstawowym podziale grzechów. Grzech prowadzi do śmierci, jednak Bóg jeszcze przed przyjściem Jezusa wielokrotnie i na wiele sposobów pokazał, że jest Bogiem miłosiernym, który łaskawie obchodzi się z grzesznikami, zwłaszcza z tymi, którzy nie za bardzo rozumieją, co robią. Dlatego Jezus modlił się na krzyżu: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Jednak inaczej wygląda sprawa z przestępcami, którzy świadomie, z podniesioną ręką, występują przeciwko Bogu i grzeszą, bo chcą w ten sposób rzucić Bogu wyzwanie. Z im większą świadomością buntujemy się przeciwko Bogu, tym niechętniej Bóg okazuje wyrozumiałość. Takim ludziom Bóg grozi piekłem. A w Biblii ludźmi, którymi Bóg grozi piekłem, byli faryzeusze, nauczyciele Pisma, kapłani, którzy z powodu swej wiedzy grzeszyli przeciwko Bogu z wielką świadomością tego, co robią. Oni wiedzieli, kogo ukrzyżowali. Większa wiedza zawsze oznacza większą odpowiedzialność. Komu więcej dano, od tego więcej się wymaga.

Tu warto zwrócić uwagę na powiązanie wątku grzechu z wątkiem dojrzewania – im większa dojrzałość, tym większa odpowiedzialność, ale też tym większy – przynajmniej potencjalnie – grzech. Im większe poznanie Boga, tym większa – czasami – nienawiść Boga. To tłumaczy, dlaczego im więcej przywódcy Izraela wiedzieli o Bogu, im więcej objawienia docierało do nich, tym stawali się coraz bardziej zatwardziali w swoim buncie, który przybierał coraz to większe wymiary, a – co za tym idzie – także kary stawały się coraz dotkliwsze.

Kiedy Bóg wyprowadził Izrael z Egiptu, wyprowadził go jako 12 plemion, które w swej wędrówce do Ziemi Obiecanej napotykały inne plemiona. Jesteśmy więc na plemiennym etapie historii biblijnej. Kiedy Izrael zgrzeszył, wtedy Bóg wydawał go na łaskę innych plemion. Kiedy np. Izrael zapragnął czcić bogów ammonickich, wtedy Bóg wydał ich na pastwę Ammonitów, by w pełni doświadczył życia w kulturze ukształtowanej przez kult ammonickich bóstw. Księga Sędziów pełna jest tego typu historii.

Ale jeśli myślicie, że gorzej być nie może, to czytajcie Biblię dalej. Bóg dał Izraelowi literaturę dydaktyczną, czyli mądrościową. Teraz jesteśmy w epoce królewskiej. Izrael nie jest już zgrupowaniem 12 plemion, lecz zjednoczonym narodem z piękną stolicą. Lecz nie tylko Izrael osiągnął etap królewski w swym rozwoju. To samo dotyczy okolicznych narodów. Kiedy więc Izrael grzeszy, Bóg wydaje go na łaskę tych narodów, które są większe, silniejsze i czasami okrutniejsze niż plemiona z poprzedniej epoki. Ta epoka kończy się niewolą.

Kolejna epoka to epoka, w której Bóg dał Izraelowi literaturę prorocką, a na scenie zamiast królestw pojawiły się imperia, spośród których jedne były  sprawiedliwe, a inne bezbożne i okrutne.

Bóg zatem dyscyplinował Izrael na różne sposoby, a czynił to coraz bardziej intensywnie. W końcu, gdy dochodzimy do czasów Chrystusa, na scenie pojawiają się demony, w których niewoli znalazł się Izrael. Najpierw były to pogańskie plemiona, potem królestwa, następnie imperia, a teraz demony. Najwyraźniej sytuacja coraz bardziej się pogarsza.

Intrygujące jest to, gdzie w Ewangeliach pojawiają się demony. Najczęściej pojawiają się w synagogach. Dlatego Jezus nazywa faryzeuszy i nauczycieli Pisma – odstępczych przywódców Izraela – wyznawcami szatana. A demony, które sprowadzili na Izrael, sprawiają, że ludzie tracą rozum, okaleczają samych siebie, rzucają się w ogień, są ślepi, głusi i kulawi. Są jednym wielkim nieszczęściem. Znajdujemy się więc w punkcie kulminacyjnym, w punkcie zwrotnym. Gorzej być nie może. Lub – gorsze jest tylko piekło.

Ewangelijny obraz Izraela ukazuje konsekwencje grzechu Adama, który przekazał szatanowi władzę nad światem. Na przestrzeni czterech tysięcy lat grzech dojrzał do punktu, w którym życie stało się nieznośne, a demony były praktycznie wszechobecne.

Jest to też punkt kulminacyjny, ponieważ jeśli życie pod władzą demonów niczego nas nie nauczy, to nie ma już dla nas żadnej surowszej nauczki. Coś diametralnie musi się zmienić. Albo nastąpi nowy Potop, albo coś jeszcze bardziej radykalnego.

I tu na scenę wkracza Jezus, by zapłacić za nasze grzechy, a przede wszystkim za grzech Adama i uwolnić nas spod władzy demonów.

W tym miejscu należy powiedzieć coś o świętej wojnie, która jest jednym z głównych wątków Pisma Świętego. Dlatego Stary Testament zawiera tak wiele opisów walki, bitew i wojen. Te opisy przygotowują nas na nadejście Chrystusa, którego nowotestamentowe przedstawienie nie powinno nas dziwić. I mam tu na myśli nie tylko obraz Jezusa karmiącego tłumy i uzdrawiającego chorych, lecz także Jezusa wypędzającego przekupniów ze Świątyni, Jezus wypowiadającego „biada” nad faryzeuszami, Jezusa jadącego na rumaku w szacie zbroczonej krwią. Jezusa, który od samego początku potyka się z demonami i ich wyznawcami.

Ten wątek świętej wojny oczywiście rozpoczyna się w trzecim rozdziale 1. Księgi Mojżeszowej. Tam szatan postanowił zniszczyć rasę ludzką. Dlaczego miałby to robić?

Człowiek został stworzony niewiele niższym od aniołów, lecz w Chrystusie zostaliśmy postawieni ponad aniołami. Paweł napisał do Koryntian: „Czy nie wiecie, że aniołów sądzić będziemy?” (1Kor 6,3). Pierwotnie jednak aniołowie byli naszymi sędziami. To za pośrednictwem aniołów otrzymaliśmy Prawo. Relacja między aniołami a ludzkością to relacja podobna do relacji między sierżantem a kadetami, którzy mają stać się oficerami, a których sierżant musi wiele nauczyć, zanim zasłużą na oficerskie gwiazdki.

Załóżmy, że jesteś kadetem, pochodzisz z arystokratycznej rodziny, a pewnego dnia zostaniesz oficerem, być może nawet generałem lub marszałkiem polnym. Zanim jednak zostaniesz oficerem musisz przejść przez trening, musisz zaliczyć naukę musztry i poligon. W tym czasie znajdujesz się pod dowództwem sierżanta, który – jak masz wrażenie – czasami jest zbyt gorliwy i za bardzo się nad tobą znęca, a nawet pomiata, zwłaszcza gdy każe ci czołgać się w pełnym rynsztunku przez dwa kilometry i to przez świeże błoto. Czasami chciałbyś dać mu w nos. Niestety, nie jesteś jeszcze oficerem i nie masz nad sierżantem żadnej władzy. Co więcej, musisz go nie tylko słuchać, ale i oddawać mu honory.

W końcu przychodzi jednak dzień, kiedy szkolenie dobiega końca, a ty masz prawo założyć sobie gwiazdki na pagony. Tego dnia stajesz się oficerem. Od tego dnia sierżant musi tobie salutować i od ciebie przyjmować rozkazy. A jeśli rzeczywiście dałeś z siebie wszystko w czasie treningu, to sierżant salutuje tobie tylko dlatego, że musi, ale także dlatego, że jest z ciebie dumny.

Aniołowie są takimi sierżantami. Ich zadaniem było wyszkolenie nas, byśmy mogli otrzymać gwiazdki oficerskie. Do czasu byliśmy pod ich komendą. Teraz, kiedy w Chrystusie staliśmy się dojrzali, aniołowie są nam poddani, a czynią to z radością.

Niestety, czasami zdarzają się źli sierżanci. Szatan jest takim złym sierżantem. Szatan nie chce, by ludzkość doszła do dojrzałości, nie chce oddawać jej honorów, nie chce, by człowiek stał ponad nim. Szatana jest zawistny o chwałę, jaką Bóg obiecał otoczyć człowieka. Szatan jest sierżantem, który chce na zawsze zatrzymać ludzkość na poligonie i poddawać ją wszelkiego rodzaju ćwiczeniom, by w ten sposób okazywać swoją wyższość. Sprawa wygląda nawet poważniej. Szatan chce zabić człowieka i pozbyć się konkurenta. Dlatego namawia człowieka do grzechu, bo chce, by Bóg go zabił. I rzeczywiście, grzech człowieka wzbudził gniew Boga.

Jednej rzeczy szatan się nie spodziewał, a mianowicie tego, że Ojciec pośle Syna, że jedna z osób Trójcy stanie się człowiekiem, by wziąć na siebie całe ludzkie nieszczęście, wszelki należący się ludziom sąd, i umrze za  nas na krzyżu. To nie mieściło się w jego głowie. Szatan oceniał Boga według własnej miary i doszedł do wniosku, że taki rozwój wypadków jest niemożliwy.

Pofantazjujmy trochę: Wąż przychodzi do Ewy i namawia ją do zjedzenia owocu z Drzewa Poznania. Adam słyszy słowa węża i natychmiast ucina tę konwersację. Wąż powraca jednak następnego dnia, a wtedy Adam odcina mu łeb. Następnego jednak dnia wąż – jakby nigdy nic – znów się pojawia. Adam dochodzi do wniosku, że ma do czynienia z czymś innym niż ze zwykłym gadającym wężem – ma do czynienia z aniołem. Ale ponieważ Adam jest wciąż dzieckiem, kadetem, dlatego wie, że o własnych siłach nie poradzi sobie ze złym sierżantem. Nie obroni Ewy ani nie uchroni Ogrodu.

Tu – wracając do prawdziwej historii – okazuje się, że Adam nie było gotowy do tego, by bronić Ewę. Pozwolił więc Ewie zjeść owoc, by przekonać się, co się stanie. Może nie dbał o Ewę, bo za krótko ją znał. Ale – wracamy do historii fantastycznej – gdyby Adam pogonił węża i spędził jeszcze wiele czasu z Ewą i prawdziwie ją pokochał, być może mieliby już dzieci, wtedy Adam nie zachowałby się jak tchórz i nie uciekł przed wężem, który w międzyczasie urósł do wymiarów wielkiego smoka o łusce twardej jak tytan i oddechu palącym jak piec martenowski. Wtedy stwierdziłby też, że potrzebuje poznania dobra i zła, które uczyni zeń prawdziwego króla, który zapanuje nad zbuntowanym aniołem. Wiedział, że będzie musiał umrzeć, by otrzymać miecz, którym pokona smoka, lecz ufał, że Bóg wzbudzi go z martwych odzianego w zbroję wiary.

Pewnie dobrze by było, gdyby tak wszystko się potoczyło, ale wiemy, że sprawy przybrały inny obrót. Dlatego zamiast Adama przyszedł Jezus, by zniszczyć dzieła diabelskie. Jezus umarł, zmartwychwstał, udał się do nieba i wyrzucił stamtąd szatana. Czytamy o tym w 12. rozdziale Objawienia (Apokalipsy). Wyrzucony z nieba szatan znalazł się na ziemi, lecz tylko po to, by – jak napisał apostoł Paweł – zostać startym pod stopami Kościoła (Rz 16,30). Dlatego też w Chrystusie nie walczymy z ciałem, lecz z nadziemskimi mocami. Do tej walki nie mogli stanąć ludzie przed przyjściem Chrystusa. W Chrystusie jesteśmy do niej powołani i wyposażeni. (To też wyjaśnia, dlaczego w Starym Testamencie nie czytamy o demonach i opętaniu. Bóg na to nie pozwolił, bo ludzie nie byli gotowi do takiej walki).

Oczywiście, walka z demonami zwykle nie wygląda tak, jako to bywa przedstawiane w filmach lub kiepskiej literaturze pobożnościowej. Ta walka rozpoczyna się raczej na nabożeństwie ukształtowanym zgodnie z nauczaniem Pisma, co widzimy na przykładzie walki Jehoszafata z Aramejczykami (por. 1 Krl 22). Przede wszystkim pamiętajmy, że szatan chce, byśmy czynili jego wolę dobrowolnie, więc nie tyle zmusza nas do czynienia jego woli, co raczej zaszczepia w naszych głowach pewne myśli i idee, które uznajemy za swoje i którego rodzą potem określonego rodzaju decyzje i zachowania. Ta wojna w znacznej mierze toczy się obecnie w sferze idei. (Jeśli ludzie uznają płód ludzki za rzecz, a nie za człowieka, wtedy nie będą mieli problemu z aborcją).

Święta wojna wyjaśnia, dlatego w Starym Testamencie znajdujemy tak wiele opisów bitew i wojen. Widzimy w nich królów walczących z wrogami Izraela, który jest Oblubienicą Bożą. Ze wrogami stoi starodawny smok, szatan, który atakuje Oblubienicę, bo nie chce, by wydała pobożne potomstwo, które napełniłoby królestwo chwałą i sprawiedliwością Bożą. Dlatego w literaturze dydaktycznej, np. w Pieśni nad Pieśniami, oblubienica przedstawiona jest jak ziemia Izraela: jej włosy to stado kóz, jej zęby to stado owiec, jej policzki to połówki granatu, jej szyja to baszta zamkowa, jej miłość to wino, jej usta to mleko i miód, a jej zapach przypomina zapach sadu i ogrodu. Król broniąc królestwa, broni oblubienicą Boga. A jeśli będzie potrzeba, gotów jest umrzeć w jej obronie.

(Opracowane na podstawie wykładów Jamesa B. Jordana, How to Read the Bible for the First Time.)